Lubię wozić staruszki 🙂 Staruszków zresztą tez, ale ich jest zdecydowanie mniej. No więc lubię wozić staruszki, bo można z nimi pogadać, czasem rzucą napiwek, a dodatkowo, człowiek może się nauczyć kilku fajnych zwrotów np: „Powolutku, aż do skutku„, czy też „Zdrowie zgodne z metryką„ No i w ogóle fajnie jest. Ale w każdej beczce miodu, czasem można znaleźć łyżkę dziegciu.
ŁYŻKA
Podjeżdżam pod adres. Dzwonię, bo jestem punktualnie. Pani mówi, żebym stanął pod reklamą piwa. Rozglądam się dookoła siebie, ale jej nie widzę,
– Pani zejdzie na dół, jak Panią zobaczę, to podjadę, bo nie widzę tej reklamy – proponuję. bo lubię wytyczyć pewne zasady spotkania. Pani potwierdza. Uspokojony, wracam do beznamiętnego spoglądania w okno, ale też i na boki i w lusterko wsteczne, bo ostatecznie nie wiem, skąd Pani nadejdzie.
Mija 5, potem 10 minut i w końcu jest. Pojawia się starsza Pani z balkonikiem i jeszcze jedną osobą. Wyskakuję z samochodu.
– Dzień dobry – rzucam uprzejmie i lecę otworzyć bagażnik, żeby zapakować balkonik.
Poszło gładko. Jest dobrze — myślę. Ale widzę, że starsza Pani o czymś żywo rozmawia z towarzyszącą jej osobą.
Możemy jechać? – pytam grzecznie. Chociaż czuję, że zanim usłyszę odpowiedź, to ja już ją poznałem, widząc twarze dwóch kobiet.
– Musimy jeszcze poczekać, bo zapomniałam okularów – dobiega do mnie odpowiedź.
– Ok. Najwyżej dorzuci mi Pani symboliczną złotówkę za postój – proponuję. W pierwszej chwili sam nie wierzę, ze to powiedziałem. Ale co tam, poszło w świat. Może stąd, wziął się ten słynny, tekst o „złotówach„ ?
Pani jest wyraźnie niezadowolona…
Więc nakreślam ogólny obraz sytuacji.
– Wie Pani, ja zarabiam jak jeżdżę, a nie jak stoję. Miałem być na 12.00 – byłem. Teraz jest już prawie pół godziny po czasie. Ja oczywiście poczekam, więc myślę, że symboliczna dopłata, nie będzie nadużyciem.
Pani się zgadza z moją argumentacją. Upłynie jednak jeszcze 5 minut, zanim odjedziemy spod bloku.
Kurs na szpital.
DZiEGĆ.
Jedziemy. Rzut oka na nawigację. Blisko ten szpital – myślę. Szukam w pamięci tej lokalizacji, ale nie przypominam sobie, żadnego szpitala w tej okolicy. Dobra, potem sprawdzę dokładnie.- stwierdzam.
Tymczasem atmosfera w samochodzie jest całkiem miła. Rozmawiamy o wszystkim. Tzn. ja głównie słucham i potakuje. A to o służbie zdrowia, a to o kłopotach starszej pani z kręgosłupem, a to o starości. W sumie nic nowego.
W międzyczasie zbliżamy się do celu, chociaż ja nadal nie kojarzę, żadnego szpitala w tym miejscu.
– Daleko jeszcze? – pada kultowe wręcz pytanie z kultowego filmu o Shreku, chociaż mi wcale nie jest do śmiechu.
Wiem, a właściwie czuję, że muszę powoli gasić pożar, bo zaraz mogą się zapalić emocje u mojej pasażerki.
– Już podjeżdżamy – uspokajam.
– To szpital, czy przychodnia – próbuje zdobyć więcej informacji o celu naszej podróży.
– Szpital – pada, krótka, szorstka żołnierska odpowiedź.
– A to prywatny czy państwowy? – nie daję z wygraną.
– A to rozróżnia Pan prywatne od państwowych? – czuje sarkazm w odpowiedzi. Raczej dolałem oliwy do ognia i zamiast gaszenia, wzniecam pożar.
Oho! Zaczyna się – zauważam w duchu.
– No wie Pani: są prywatne: np Medicaver, Luxmed….
Pani już nie podejmuje tematu.
JESTEŚ NA MIEJSCU
Nawigacja prowadzi mnie, jakaś pokrętną drogą do celu. Ufam jej, bo kompletnie, nie znam w tym miejscu żadnego szpitala. Wreszcie dojeżdżamy, ale okazuje się, że od tzw. dupy strony. Wyłączam nawigację i zaczynam rozglądać się po okolicy. Nie ma tu nic, co przypominałoby szpital. Zanim dojadę do celu, którym okaże się przechodnia, a nie szpital.usłyszę jeszcze kilka zdań na temat mojej jazdy i braku czasu.
w końcu jestem na miejscu. Teraz szybko. Wyskoczyć, wypakować, pożegnać Panią i zapomnieć.
– To była moja najgorsza przejażdżka w życiu! Zamiast pojechać prosto, to kluczył Pan po całym mieście. W życiu z Panem już nie pojadę. Przez Pana spóźniłam się na wizytę – słyszę.
Patrzę ze spokojem na starszą Panią i zastanawiam się co zrobić…….
Czy;
a) zamordować, zakopać, zapomnieć
b) rozpłakać się i nawiązać do ciężkich czasów, inflacji i tego, że jeżdżę po kosztach.
c) czy zrzucić całą winę na nawigację lub na Tuska
Sam nie wiem. Póki co, zabieram się za rozkładanie chodzika. A ten jakby na złość nie chce się rozłożyć.
– Nie ma Pan nawet siły rozłożyć wózka, to ja stara kobieta daję sobie radę, a Pan nie może… Co z Pana za facet! – zostaję.poddany surowemu osądowi.
Spoglądam na moją pasażerkę i rozumiem, że żadne logiczne wyjaśnienia, nie znajdą tu zrozumienia. Pani jest w emocjach. U mnie tez nie jest za ciekawie, ale nie jestem zainteresowany dialogiem, bo wiem, że się w nim nie spotkamy, a już na pewno, nie dojdziemy do porozumienia. Szkoda energii.
– Proszę Pani,- cedzę spokojnie (z naciskiem na cedzę) rozkładam Pani wózek, chociaż nie muszę. Pani swoimi komentarzami nie wnosi tu nic sensownego, więc proszę się uspokoić, bo zaraz przestanę robić cokolwiek. Nic nie wróci Pani czasu i nie ma mamy na to żadnego wpływu – kończę filozoficzny wywód.
Wreszcie skończyłem. Chodzik rozłożony.
– Mimo wszystko miłego dnia i mnóstwo zdrowia – staram się możliwie jak najszczerzej pożegnać Panią, chociaż sarkazm pcha się tu wszystkimi możliwymi sposobami.
Odjeżdżam.
Zastanawiam się jeszcze przez chwilę, kim ja będę w tym wieku. Czy będę złorzeczył na służbę zdrowia, na swoje zmarnowane życie, na starość, a może na Tuska?. Może tak naprawdę upiekło mi się, że nie dostałem laską po głowie, bo być może ja w 2047, nie będę miał tyle serca do innych tak jak teraz, tylko będę zgryźliwym i nad wyraz wrednym starcem? :) Ale któż to może wiedzieć…..?

