Pierwsze chwile na Chakasji.
Step po horyzont. Bezmiar przestrzeni, który tak uwielbiam, pociąga a zarazem budzi mój delikatny niepokój.To tutaj na Syberii, będę świadkiem, jak wielkim i nieokiełznanym żywiołem jest ogień i płonący step. Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że nasza wyprawa z Saszą i nocowanie w namiocie na otwartej przestrzeni, mogło zakończyć się dla nas tragicznie. Kolejny raz czuję, jak niewiele znaczę jako człowiek wobec potęgi przyrody i jaką drobinką – my ludzie, jesteśmy tu na Ziemi. Ta świadomość ugruntowuje i pokazuje mi moje miejsce w łańcuchu życia, której jestem częścią. I o dziwo, dobrze mi z tym.
Wjeżdżamy do rodzinnej wsi Vadima. Miejsce wygląda na opustoszałe. Tylko gdzieniegdzie widać pojedyncze zabudowania. Jeden z budynków, robi na mnie ogromne wrażenie swoim rozmachem. Wygląda niczym dom sołtysa, czy też najbogatszej osoby we wsi. Okazuje się jednak, że ten budynek należy do wiejskiego przedszkola.
Tego wieczoru poznaję rodziców Vadima. W małym, drewnianym domku, spędzimy czas na grze w warcaby. Przegram.z kretesem z tatą Vadima, którymi mimo wieku, uświadomi mi, że.
Tej nocy, przyśni mi się dziwny sen. Pojawia się w nim ktoś, kto przedstawia się jako brat Vadima. i prosi mnie o przekazanie mu kilku informacji. Treść informacji brzmi jak ostrzeżenie. Zdumiony, opowiadam rano Vadimowi o śnie. W przeciwieństwie do mnie, on nie jest ani trochę zaskoczony i przyznaje, że ma brata, dziękując mi jednocześnie za wszystkie informacje. Gdy tak rozmawiamy w kuchni, gdzieś obok nas spada jakiś przedmiot a ja powoli zaczynam wierzyć w duchy…
Dociera do mnie fakt, że odkąd przekroczyłem granicę Chaksji, doświadczam bardzo dziwnych wydarzeń. Właściwie to całą ich serię. To oczywiście jest nawet dla mnie całkiem ekscytujące. Ponieważ pojawia sie przy tym myśl o własnej wyjątkowości, która momentalnie pompuje moje własne ego. No bo, któż z nas, nie chciałby być postrzegany przez innych, jako ktoś wyjątkowy albo ktoś o super zdolnościach, prawda?
Jednak zaraz potem wkrada się we mnie jakiś niepokój. Przypominam sobie zdanie przeczytane kiedyś w książce o Syberii, że to nie człowiek decyduje o zostaniu szamanem, tylko duchy. I to one wybierają osobę, która będzie sprawować funkcję szamana. Wg tej teorii, często wiązało się to z tym, że zanim ktoś został obdarzony takim darem, był wcześniej naznaczany jakaś ułomnością lub wręcz chorobą. Tak jakby dając jeden dar, odbierano mu coś w zamian.
A ja?
Zakładając tak czysto teoretycznie: Czy ja byłbym w stanie, przyjąć taki dar? Czy byłbym gotów poświecić jakąś część swojego zdrowia, na rzecz, uzyskania jakiejś niewytłumaczalnej zdolności? I wreszcie…. czy byłbym w stanie, zostać tu na Syberii na dłużej, lub na całe swoje życie? Czy z taką intencją tutaj przyjechałem? Nie zastanawiam się nad tym zbyt długo. Gdzieś w cichym akcie woli, a może półgłosem wypowiadam swoje życzenie. Jeżeli nawet w tym przypadkowym, a może nie przypadkowym splocie wydarzeń, coś miało mi zasugerować , że to być może jest moje powołanie, to na tę chwilę nie jestem gotów, aby go przyjąć. Tak zwyczajnie i tak po ludzku, to mnie przerasta. Wiem, że chcę wrócić do Polski. Jakaś przelotna myśl, wlewa we mnie jednak cień wątpliwości: A jeżeli los (lub cokolwiek innego, co sprowadza na mnie przedziwne i niewytłumaczalne sytuacje) sprawi, że nie będę mógł już opuścić Syberii…. ? Co wtedy?
Na samą myśl, czuje delikatne mrowienie skóry.
Następnego dnia rano, wyjeżdżamy ze wsi. Po raz kolejny przemierzamy ogromną, niezmierzoną przestrzeń Syberii. , Dookoła nas stepy, lasy i jeszcze raz stepy. Wszędzie po drodze widzę mnóstwo brzóz z których , czerpany jest sok, sprzedawany na przydroznych stoiskach. Zatrzymujemy się przy kilku z nich. Vadim ostro targuje się o cenę. Sprzedawca – młody chłopak, nie daje jednak za wygraną i ostatecznie sok pozostaje w niezmienionej, pierwotnej cenie. Po raz kolejny widzę to, czego byłem świadkiem już wcześniej. I po raz kolejny pytam Vadima, czy nie jest rozczarowany tym, że nie udało mu się utargować ceny. Ale on uśmiecha się i mówi: – Nie, fajnie, że chłopak znał wartość swojego produktu i nie obniżył ceny”
Innym razem w czasie przejazdu przez wieś, Vadim zauważa rowerzystą, który z widocznym wysiłkiem „wspina” się pod górę, wciskając z całej siły pedały Zaczyna więc dopingować rowerzystę do jeszcze większego wysiłku lub zmiany „biegu” na wyższy. W tej komunikacji nie ma cienia złośliwości. Śmieje się rowerzysta, śmieje się Vadim, a po chwili, śmiejemy się z tego wszyscy.
Po drodze mijamy jeszcze pozostałości radzieckiego przemysłu, które straszą ruinami.
Nie zatrzymujemy się jednak zbyt długo w takich miejscach. Zmierzamy wprost, na szamańską górę, która jak się potem okaźe, jest wzniesieniem z „wydrążoną” dziurą w środku. Wjeżdżamy na sam szczyt. Miejsce jest skomercjalizowane, kupujemy wiec bilety i idziemy w kierunku krateru. W końcu stajemy nad olbrzymią dziurą, na szczycie góry. Stoimy tu przez dłuższą chwilę . Dookoła nas kołyszą się drzewa ustrojone wstążkami. Stojąc tak, próbujżc odkryć tutaj coś niezwykłego, ale wszystko wygląda dość zwyczajnie.
Ot dziura w ziemi, drzewa i mnóstwo małych kamieni pod stopami. Coś mnie jednak kusi, żeby zabrać jakiś fragment tego miejsca ze sobą. Rozglądam się dookoła siebie.
Mały kamyk przyciąga moją uwagę, schylam się więc po niego i wkładam go do kieszeni.
Po krótkiej chwili wracamy do samochodu i kierujemy się w kierunku Milusińska..
Minusińsk.
Miasto wita mnie wymowną inskrypcją na elewacji jednego z budynków” Lenin żył, Lenin żyje, Lenin będzie żył” Jednak to nie miasto, a skansen wsi syberyjskiej okaże się tutaj największą atrakcją. Zanim jednak wejdę do środka, muszę poczekać, bo oprócz mnie, nie ma tutaj nikogo, kto chciałby o tej porze zwiedzać skansen. Stoję więc samotnie niczym kolek i czekam aż ktoś się pojawi. Ostatecznie, na teren skansenu wchodzą 2 osoby: ja i moja przewodniczka. Teren jest ogromny. Odwzorowano tutaj właściwie całą syberyjski wieś.
Są tu domy zbudowane z bali, więzienie, sklep, a nawet bar.
Jednak moje największe zdziwienie wzbudzą łyżwy, wiszące na ścianie jednego z domów, które należały, jak się potem okaże, do samego Władimira Iljicza Uljanowa.
I przyznam się szczerze, że nie miałem pojęcia o tym, że Lenin był na zesłaniu, a także o tym, że potrafił jeździć na łyżwach.
Po jakichś 2 godzinach łażenia, skansen zatraca dla mnie swoją oryginalność, bo wszystko zaczyna być powtarzalne. Wtedy pojawia się we mnie myśl, że za jakiś czas, chciałbym tu wrócić, a każdy kontakt z kimś miejscowym będzie dla mnie bezcenny. Proponuje więc wymianę kontaktów, mojej przewodniczce. Dziewczyna zgadza się od razu. Musimy tylko znaleźć jakieś miejsce z zasięgiem internetu i poza kontrolą kamer, których tu nie brakuje. Siadamy na jakiejś ławeczce i wyciągamy smartfony. Po chwil, jesteśmy już znajomymi na facebooku.
Pożegnanie
Mój pobyt w Chakasji powoli się kończy. Jestem pod wrażeniem gościnności. Vadima, za którą on sam nie chce żadnej zapłaty. W ramach wdzięczności postanawiam więc zrobić zakupy do domu i zatankować samochodu do pełna. To i tak drobiazg, za jego gościnę, i za czas poświęcony na pokazanie kawałka Chakasji.
Vadim zawozi mnie na dworzec, informując, że musi jeszcze załatwić jakąś sprawę na mieście, ale obiecuje, że przed odjazdem autobusu, na pewno się jeszcze zobaczymy. Patrzę na niego i w krótkim przebłysku świadomości, ogarnia mnie jakieś dziwne przeświadczenie graniczące z absolutną pewnością, że widzę go po raz ostatni. Tak jakby los pozwolił mi na chwile zajrzeć w przyszłoś,c mówiąc: zobacz tak właśnie sie stanie. To wszystko wydaje się tak niedorzeczne, że szybko zapominam o dziwnym odczuciu.
Do odjazdu autobusu mam jeszcze conajmniej pół godziny. Ide więc do kasy aby kupić bilet do Krasnojarska. Podchodzę do okienka, wyciągam paszport i pieniądze a kasjerka przygląda mi sie uwaznie. Wszystko jednak jest w porządku, bo już za chwilę otrzymuję kawałek papierka, który zabierze mnie z powrotem do Krasnojarska. Wychodzę przed budynej dworca, siadam na ławce i przyglądam się odjeźdżającym i przyjeżdżającym autobusom.
W końcu pojawia sie ten, który ma mnie zawieźć do Krasnojarska. Ociągam się jeszcze przez chwilę, szukając na horyzoncie kształtu dobrze mi znajomej toyoty. Niestety dłużej już nie mogę czekać, wsiadam wiec do autobusu. Autobus rusza i wtedy kątem oka dostrzegam samochód, który gwałtownie wjeżdża na plac manewrowy. Poznaje go od razu, to toyota Vadima. Niestety jest za późno, autobus oddala się, a ja dostrzegam tylko sylwętke człowieka, który zrobił na mnie ogromne wrażenie i za którym, jak sie potem okaże będę zwyczajnie tęsknił…
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)





