Upływ czasu i starość w jakiś sposób mnie fascynuje.
Tzn. to nie tak, że jakoś specjalnie czekam na tę chwilę, kiedy będę mógł już wykrzyknąć „Mamo, tato nareszcie jestem stary, huraaa! :D To raczej jakaś potrzeba, chociaż brzmi to absurdalnie przygotowania się do tego, co nieuchronne. Więc pytam się czasem starszych ode mnie, jak to jest „tam” czyli w ich wieku? Bo ich „tam” jest na pewno inne niż moje „tutaj” Ale wiem, że moje tutaj, będzie kiedyś tam.
Kiedy wracałem do Polski po rocznym pobycie za granicą, zauważyłem, jak wiele rzeczy bezpowrotnie przeminęło. Chociaż wydawało mi się, że wszystko zatrzyma się na jakiejś magicznej „pauzie” i dopiero po moim powrocie, życie będzie toczyć się dalej.
Pamiętam jak rozmawiałem o tym ze swoją mamą, mówiąc:
– Mamo ale ten czas szybko mi zleciał.
Moja mama skwitowała to krótko:
-Synu tu gdzie ja jestem, czas leci dwa razy szybciej….
Jeszcze szybciej – pomyślałem. To chyba niemożliwe, bo już jest zbyt szybko.
A może zawsze tak było?.
Cofam się we wspomnieniach.
Przypominam sobie szkołę średnią i moment, w którym chyba po raz pierwszy świadomie wyobraziłem sobie siebie samego jako trzydziestoletniego mężczyznę. Na tamtą chwilę, moja wyobraźnia dalej nie sięgała, ale też nie było takiej potrzeby, bo starość miała wtedy dla mnie nie więcej niż trzydzieści lat. Obraz mnie jako dorosłego, był wtedy zbyt trudny do akceptacji.
Dzieci, wywiadówki, obowiązki! Z tym kojarzyła mi się dorosłość.
A potem niepostrzeżenie przekroczyłem jej próg.
Okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że to był dla mnie bardzo dobry czas lub łaskawy, jak to czasem się mówi. Cały świat był na wciągnięcie dłoni. Nie miałem wtedy potrzeby, aby myśleć, co będzie dalej.
Lekka panika pojawiła się na chwilę przed 40stką. Wszechobecne stwierdzenie „mężczyzna w średnim wieku” zabrzmiało trochę tak jak kara. Coś w stylu „Jak nie będziesz grzeczny, to zobaczysz, będziesz miał 40 lat” Ten wiek nie był dla mnie już tak abstrakcyjny. Stał się bardzo realny.
A gdy się w końcu pojawił, wszystko było niby takie same. Ale jednak coś nieuchwytnego odeszło. Tak jakby czas uznał, że to nie będzie mi już dłużej potrzebne.
W zamian dostałem więcej spokoju i jeszcze więcej dystansu do życia. Zauważyłem, że zaczynam świadomie zwalniać. Przez moment był to tak zachwycający stan, że gdy wracałem myślami do swojej młodości, to wydawała mi się ona przereklamowana. To tak jakbym wcześniej zjadał soczyste owoce, nie czując ich smaku. Zbyt szybko i zbyt zachłannie. Dopiero mając czterdzieści lat, miałem ochotę zatrzymać się i ich posmakować. Nagle ta cała dojrzałość staje się wręcz uwodzicielska. A nawet powiedziałbym seksowna. Może dlatego, że człowiek w tym wieku ma już jakieś doświadczenie, przemyślenia, historię i pojawia się w nim coraz większa .ciekawość drugiego człowieka i jego historii. A może tajemnicy….
Dojrzałości zaczynam też szukać u swoich partnerek. Owszem Ich młodość witalność i kobieca energia nadal mnie fascynowała, ale coraz częściej zauważałem, że nie mam już ochoty, dopasowywać się do ich wieku i udawać, że jestem młodszy.
Z tamtego czasu powraca jeszcze jedno wspomnienie. To moment, gdy na jakimś warsztacie rozwojowym, w czasie jednej z niezliczonych rozmów usłyszałem, że jesteśmy tylko jednym z wielu pokoleń, po którym przyjdą następne i kolejne. A każde z nich ze swoimi marzeniami, planami, aspiracjami.
Poczułem się wtedy tak, jakby ktoś mi powiedział: ” Zrobiłeś, to co miałeś zrobić? Nie zdążyłeś? To trudno. Ale czas się zbierać, bo następni czekają już w kolejce ”
Okrutne, prawda?
A potem przychodzi ta przełomowa 50 tka.. Graniczna. Swoiste półwiecze (chciałbym w to wierzyć) mojego życia.
Czy przynosi mi większą dojrzałość? Jeszcze tego nie wiem. Na pewno staję się bardziej precyzyjny, może bardziej oszczędny: w myślach, słowach w działaniu. Mam wrażenie, że nie chcę już trwonić swojej energii (bo jest jej wyraźnie mniej) na to, co mi nie służy. Zabiera tylko czas i uwagę, nie dając nic w zamian.
Również moje postrzeganie czasu zmienia się kolejny raz.. Teraz pojęcie „za tydzień” odczuwam jako ” za chwilę”, za pół roku wygląda jak „już zaraz” Czas jakby się „skompresował”..
O wiele większą uwagę zwracam też na swój wygląd. Chcę zamaskować upływ czasu, coraz bardziej widoczny na moim ciele. Zaczynam od ukrywania siwych włosów, ale po roku się poddaję. Dobra wystarczy. To nie dla mnie – dochodzę do wniosku. .
A czas nieustannie płynie dalej. Nie ma dla niego znaczenia czy leżę i oglądam Netlixa, czy biegam dla zdrowia po lesie, czy wreszcie siedzę u fryzjera. Teraz dokładnie to widzę, że czas biegnie swoim własnym rytmem. Nie jest przy tym ani zły, ani dobry. Jest neutralny. Niczym natura.
Po co mi więc czas? Co mam zrozumieć? Czy jest w nim w ogóle coś dobrego?
Mówi się, że bez poczucia upływu czasu, nie potrafimy dostrzec jak ulotnym darem jest nasze życie. To prawda.
Ale jest coś jeszcze. O czym chyba wszyscy zapominamy albo nie chcemy pamiętać.
Upływający czas sygnalizuje bowiem nadejście śmierci.
Teraz wraz z dopuszczeniem do siebie myśli, że śmierć jest czymś realnym i jest bliżej niż mi się wydaje, pojawia się zupełnie nowy punkt odniesienia, całkowicie zmieniając reguły gry.
Teraz dociera do mnie, że dalsze cofanie się przed tym, z czym prędzej czy później, będę się musiał zmierzyć, nie ma już większego sensu.
Tym bardziej że śmierć nie czeka na mnie, tak jak kiedyś sobie to wyobrażałem. Ona już ruszyła w moją stronę i to w chwili, kiedy się urodziłem. Gdzieś, w którymś momencie spotkamy się na ścieżce mojego życia, ale tylko ode mnie zależy, czy dalej będę czekał niczym król w oblężonym zamku, próbując uniknąć nieuchronnej zagłady, czy w przypływie odwagi wyjdę jej naprzeciw.
I chociaż znam wynik tego spotkania, to nie ma to większego znaczenia, bo być może moje zmagania toczą się zupełnie gdzie indziej. Na innym polu i z zupełnie innym przeciwnikiem.
Może to nie śmierć jest naszym największym wrogiem? Ale nasz strach.
I to nie przed śmiercią. Ale przed Życiem. Przed zmianami życiowymi, realizacją długo odkładanych marzeń, wyciągnięcia ręki do pogodzenia się z bliskimi, czy wyznaniem komuś miłości,
I to czas może być w tym przypadku naszym jedynym sprzymierzeńcem.
Dlaczego?
Ponieważ, towarzysząc nam przez całe życie, zdaje się mówić: dopóki jestem z Tobą, to znaczy, że ciągle możesz pokonać swój strach.
Gdy mnie zabraknie, będzie już za późno.
Teraz, jeszcze wszystko jest w Twoich rękach.
I Być może to jest najlepsza wiadomość, jaką dziś usłyszysz.
Jeszcze wszystko jest w Twoich rękach!
Powodzenia!
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

