I co już Pan naprawił? – patrzę na człowieka, który właśnie przed chwilą, zamaszystym kopniakiem w zbiornik gazu (poprawionym dla pewności jeszcze jednym uderzeniem), zamyka bagażnik mojego samochodu.
– Może Pan jechać na stację i zatankować. Nie powinno już być problemu.
Żartuje Pan, i to będzie działać?- pytam z niedowierzaniem
– Tak, ta instalacja, ma to do siebie, że potrafi się raz na jakiś czas zawiesić.
– Jezusie przenajświętszy, z nieba mi Pan spadł!!!
To prawda. Tamtego dnia mechanik dosłownie spadł mi z nieba, ale to ja poprosiłem owe „niebo” o pomoc 🙂
A wszystko przez śnieg, który jakiś czas temu zasypał Warszawę. Jeszcze w piątek, jeżdżąc po mieście, nie przypuszczałem, że po niedzieli czeka mnie dość odległa i wymuszona podróż po opony zimowe na południe Polski. Jakby tego było mało, również instalacja gazowa dała o sobie znać i to akurat podczas tankowania na stacji benzynowej. Gaz się uparł i za cholerę, nie chciał napełnić baku do pełna. Udało mi się wlać gazu za niecałe 12zl, czyli jakieś 4 litry. Cholera jasna!
Telefon do gazownika, wykonałem jeszcze w piątek. Kazał przyjechać, żeby ocenić usterkę. Podjechałem.
– Proszę Pana, zrobię to Panu w poniedziałek, koszt to 150 zł robocizna i 250 zł za części.
No trudno – pomyślałem, sam tego nie zrobię.
W niedziele myśląc o przymusowym wyjeździe i spoglądając na ciągle padający śnieg, dotarło do mnie, że może warto zadbać o własne bezpieczeństwa. Raz na jakiś wspomagam się „siłą wyższą” 🙂 gdy wybieram się w dłuższą podróż samochodem. Intencja ułożona na taką podróż, jest zwykle tej samej treści co zawsze, czyli: podróż mija szybko, łatwo i bezproblemowo. Czasem dodaję jeszcze do treści: i w miłym towarzystwie (gdy ktoś mi towarzyszy w drodze) Tym razem coś mnie jednak tknęło, żebym dodał, do intencji coś o „poniedziałkowej” naprawie usterki w samochodzie. I tak tez zrobiłem.
A potem nadszedł poniedziałek.
Dzwonię, żeby potwierdzić wizytę:
– Niestety nie przyjmę Pana dziś, ząb mnie rozbolał, muszę znaleźć dentystę, a nikt nie ma wolnych terminów – usłyszę na dzień dobry z samego rana.
No to ładnie, dziś gazu już nie naprawię. Ruszam po opony.
Jedzie mi się bardzo dobrze. Trasa na Lublin jest dobrze odśnieżona. Niepotrzebnie obawiałem się ślizgawicy i zasp. Wesoło, zacznie się w Kraśniku, gdzie próbuje znaleźć jakiś zakład wulkanizacyjny i zapytać się, czy ktoś mnie przyjmie bez wcześniejszego umówienia (tak jak to jest ogólnie przyjęte w Warszawie) na wymianę opon
Dostrzegam przy drodze szyld, więc postanawiam zasięgnąć informacji i zobaczyć jak się sprawy mają. Skręcam na podwórko i ……. okazuje się, że podjazd pod małe wzniesienie na tymże podwórku, jest nie lada wyzwaniem dla moich letnich opon. Co za absurdalna sytuacja! Przyjechałem do wulkanizatora, żeby zmienić opony na zimowe, ale nie mogę tego zrobić, bo nie mam odpowiednich opon, żeby podjechać pod warsztat. Próbuje kolejny raz i jeszcze raz. W końcu daję sobie spokój i wracam na główną drogę. W mojej głowie pojawia się przelotna myśl: A może to nie ten zakład?
Dojeżdżam do bloku, ładuje opony do bagażnika i próbuje przypomnieć sobie, gdzie rok temu zmieniałem opony w okolicy. Przeglądam w bazie kontaktów – nic niestety nie zapisałem. Postanawiam więc użyć googla. Mam! To chyba ten wulkanizator! Szybki telefon z pytaniem: – Można podjechać do Państwa na wymianę opon, czy trzeba się wcześniej umówić ?
– Zapraszam, robimy na bieżąco – słysze jakże kojący komunikat :)
Podjeżdżam na podwórze. Przede mną jest tylko bus. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że może :) Na podwórku pojawia się młody chłopak i ręką wskazuje mi miejsce, gdzie mam podjechać.
– Pan tu stanie, ja zaraz otworzę warsztat, to wpuszczę Pana do środka i od razu zaczniemy z oponami. O masz, jaki fart! Jestem już pierwszy, a nie drugi 🙂
Wychodzę z samochodu i rozglądam się po warsztacie, a w mojej głowie pojawia się natarczywa myśl: „Zapytaj się, czy naprawiają instalacje gazowe?”, a jednocześnie w tej samej głowie pojawia się bezgłośna odpowiedz, (trochę tak jakbym prowadził wewnętrzny dialog sam z sobą) ” Nie będę pytał, bo tu jest warsztat mechaniki samochodowej i wulkanizacji, a nie instalacji LPG”, „Ale zapytaj się, co Ci szkodzi?” – ta pierwsza nie daje za wygraną.
Na pewno nie jeden raz, mieliście sytuacje, gdy jakaś dziwna, niepasującą do kontekstu, miejsca lub zwyczajnie uparta myśl, chce się wydobyć z Waszej głowy. Tak było u mnie. Poddaję się i słyszę siebie jak pytam:
– Panowie, to pewnie nie naprawiacie instalacji gazowych – pytam retorycznie.
– My nie – odpowiada młody chłopak, ale dwa domy dalej jest gazownik i on robi takie rzeczy. Jak założymy opony, Pan podjedzie i się zapyta.
Dalej już wiecie, co się stało :)
Za „kopniak” niezwykle sympatycznego gazownika zapłaciłem 50 zł, chociaż chciał tylko 30 zł. Ale jak nie dać „napiwku” jak się zaoszczędziło 350 zł z umówionej wizytę u gazownika w Warszawie, która się oczywiście nie odbyła.
Uśmiech zadowolenia, nie schodził mi z twarzy do końca dnia. A później, jak spojrzałem na wszystko jeszcze raz, po powrocie do domu, zdałem sobie sprawę, że bolący ząb, nieodśnieżone podwórko i wreszcie moja uparta myśl, były większą częścią planu, o którego realizacje poprosiłem w intencji. A wszystko ułożyło się w nim tak, że lepiej bym sobie nie wymyślił 🙂

