Dlaczego stan zauroczenia/zakochania tak szybko znika?

Ta chwila, w której się w kimś zakochujemy i to czego potem doświadczamy, jest czymś, co na długo pozostaje w naszej pamięci. Chyba nic wówczas nie jest w stanie przebić intensywności tych doznań i wrażenia, uczestnictwa w czymś wyjątkowym. A także poczucia bycia Kimś wyjątkowym.

To niesamowite jak to uczucie, zmienia nam percepcję widzenia świata, w którym żyjemy. A przecież, nie przenosimy do jakiegoś sztucznie wykreowanego świata. Bo to ciągle to samo miejsce i to ciągle my sami. Ale na tę jedną chwilę, stajemy się kimś innym. I to nie tylko my, bo właściwie wszystko to, co nas otacza, jest jakieś inne…
Lepsze. Żywsze. Piękniejsze.

Ilekroć wracam do swoich wspomnień z okresu, kiedy byłem w kimś zakochany, to widzę siebie samego, jako kogoś, z niespożytą ilością energii, zapału, czy wreszcie poczucia sensu życia. Za każdym razem wydawało mi się, że mógłbym zrobić właściwie wszystko, zmierzyć się ze wszystkimi swoimi lękami i progami. Strach wtedy nie istniał, lub był o wiele mniejszy, a problemy i troski same znikały z pola widzenia. Wszystko dookoła, wydawało się jakieś nieistotne. Odległe i nieważne. Liczyło się tylko to uczucie.

Te pierwsze chwile, dni czy miesiące, które określamy stanem zauroczenia, niestety nie trwają wiecznie. I nikt z nas, nie ma na to wpływu. Za każdym razem, gdy miłość obdarza nas swoją obecnością, gdzieś podskórnie czujemy, że ten stan bezkrytycznej i bezgranicznej fascynacji drugą osobą, za jakiś czas być może minie. Ktoś oczywiście powie, że to normalna kolej rzeczy. Przecież zauroczenie czy zakochanie, wcześniej czy później musi minąć .
– Bo czy na zauroczeniu, można zbudować coś trwałego? – zadajemy sobie retoryczne pytanie.
– Gdzie takiemu zauroczeniu do poważnego uczucia? Przecież doskonale wiemy, że dopiero, potem gdy nadejdzie tzw. dojrzała miłość, będziemy mogli doświadczyć tego prawdziwego uczucia – dochodzimy, w swoich rozważaniach do końcowego wniosku.
Patrzymy na zauroczenie jako na coś ulotnego, przemijającego, niedojrzałego, żeby nie powiedzieć, dziecinnego. Nie nadając mu tym samym większego znaczenia. Ot przyszło i poszło.
A jeżeli się mylimy? I to właśnie my ludzie, jesteśmy tutaj niedojrzali i nie gotowi, by przyjąć to uczucie w takiej jakości, w jakiej się nam objawia? Dochodzę nawet do wniosku, że zauroczenie może być czymś o wiele większym, niż nam się wydaje.

Może to, co nas spotyka na samym początku, gdy budzi się w nas uczucie, wcale nie jest czymś niedojrzałym, ale czystą, nieskalaną jeszcze ludzkimi ułomnościami miłością? Swoistym zwiastunem Boga. Czymś w rodzaju dema.. Trochę tak, jakby Bóg dał nam szanse spojrzeć na nasz świat z zupełnie innej perspektywy.
Tej Boskiej.
Wolnej od wszystkich naszych ludzkich potrzeb czy ograniczeń, za to z pełną akceptacją i miłością wszystkiego, co nas otacza.
Czyż nie tak się wtedy czujemy? Czy nie za tym tęsknimy?
Dlaczego więc z czasem to się zmienia i to uczucie, nas opuszcza?
Gdzie podziewa się ta lekkość, radość i wszechobecna akceptacja, która towarzyszyła nam na początku?

Zanim opowiem Wam, o swoich przemyśleniach, nawiążę do duchowości i do wody. Dlaczego do wody? Co ma wspólnego jedno z drugim?
Otóż w bioenergoterapii i przy pracy z energią mówi się, że każdy dostaje tyle energii, ile jest w stanie przyjąć. Żeby lepiej to sobie wyobrazić, użyję tutaj symbolu wody, ponieważ woda świetnie obrazuje przepływ energii. Na pewno widzieliście kiedyś nurt rzeki? Rzeka wypełnia sobą wszystko to, co napotyka na swojej drodze. Jej nurt zmienia się jednak w zależności od drożności i kształtu koryta. Czasem będzie szybszy, czasem wolniejszy a czasem się zatrzyma. Np. wtedy gdy na rzece pojawi się przeszkodą czy tama, która spowolni lub całkowicie zablokuje przepływ wody.

Podobnie jest z naszym uczuciem.
Miłość wypełnia nas niczym woda. Wlewa się przez serce i zalewa nas od stóp do głów. Na początku możemy poczuć się wręcz oszołomieni. Dostaniemy jej jednak tyle, ile jesteśmy w stanie jej przyjąć, a jeżeli dodatkowo napotka opór, (a będą nim nasze nieprawidłowe przekonania, poglądy i wszystko to, co tworzy w nas napięcie) zatrzyma się lub zmieni się jej intensywność, informując nas w ten sposób, że są miejsca w nas samych, które należy uzdrowić. Być może to ten moment w związku, kiedy zaczynamy dostrzegać różnice czy niedoskonałości pomiędzy nami a naszym partnerem (chociaż one były tam cały czas) A kolorowy obraz świata, powoli zaczyna tracić barwy, stopniowo wypełniając się odcieniami szarości. To znak, ze do głosu dochodzi nasz analityczny umysł, wpychając nas w utarte koleiny naszych starych, często błędnych przekonań. Czas idylli dobiega końca. Skosztowaliśmy przez tę krotką chwilę boskiej, idealnej miłości, by po chwili powrócić do naszego ludzkiego postrzegania świata. No ale skoro jesteśmy ludźmi, kochamy więc po ludzku, bo jakże inaczej moglibyśmy to robić? I jako ludzie mylimy się co do miłości, w jeszcze jednej fundamentalnej rzeczy. W jakiej?

Uważam, że, pogląd, który funkcjonuje w naszej przestrzeni, “że nad miłością trzeba pracować” jest błędny. Nie można pracować nad czymś, co z natury jest doskonale. A miłość, która nas odwiedza, właśnie taka jest. Jest cząstką Boga. Nie wymaga ulepszeń czy poprawy. Jeżeli więc myślimy o pracy, to nie nad miłością, nie nad partnerem, a nawet związkiem, tylko nad samym sobą i tym, co wnosimy do tego uczucia, które pojawia się między nami. Jeżeli np. nosimy w sobie lęk przed bliskością, czy jakieś nieprawidłowe przekonania na temat miłości, to w związku z drugą osobą, zobaczymy je jeszcze wyraźniej. Nasz partner stanie się doskonałym lustrem, które pozwali nam zajrzeć w głąb siebie. Ale czy znajdziemy w sobie odwagę i czy uda nam się uzdrowić w sobie to, co zobaczymy w tym odbiciu, zależy już tylko od nas samych. Ani partner, ani miłość, za nas tego nie zrobi.

Podobnie błędne, może być myślenie, że jesteśmy w stanie zmienić to uczucie na naszą modłę, tak żeby spełniała nasze oczekiwania.
Owszem, może stworzymy coś na kształt uczucia, ale bardziej będzie to podobne do kontraktu biznesowego. Z ciągłymi, coraz to nowymi aneksami do umowy. Powstanie twór, w którym każdy element, będzie z innej gliny, zupełnie niekompatybilny z całością. Czy tego chcemy? Chyba nie ….

Miłość jest doskonałym i cierpliwym nauczycielem (w przeciwieństwie do nas). Nie wymusi na nas niczego, wiedząc, że decyzję o tym, czy chcemy ją do nas dopuścić głębiej, i pełniej możemy podjąć tylko my sami.
O niezwykłości tego uczucia świadczy też fakt, że nawet jeżeli popełnimy błędy lub się jej zlękniemy, miłość przyjdzie do nas ponownie, nie czekając na to, aż będziemy na nią gotowi.
Udowadniając tym samym, że akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy. I po raz kolejny, nie pytając się nas o zgodę, uwiedzie nas w zauroczeniu/zakochaniu, sprawiając, że znów poświęcimy jej całą swoją energię, czas, myśli i czyny. Ufając, że tym razem będziemy gotowi przyjąć ją na dłużej, nie płosząc jej naszą wrodzoną potrzebą kontroli czy lękiem przed nieznanym.

Czyż to nie piękne? 🙂

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.