Dwa Trudne Słowa

Kocham Cię

Dwa trudne do wypowiedzenia słowa. Stworzone na specjalne okazje. Dla tego jedynego lub jedynej. Wyczekane i wytęsknione. Wypowiadane szeptem lub głośno. W poczuciu mocy i radości, która nas przepełnia lub wręcz przeciwnie, w lęku i obawie przed brakiem wzajemności.

Dla mnie samego te słowa zawsze kojarzyły się z odpowiedzialnością, zobowiązaniem czy dozgonną deklaracją.  A gdy już się pojawiały, dawkowałem je tak, jakbym miał ich tylko określoną ilość, na całe swoje życie. Świadomość tego, jak są ważne, nie ułatwiała mi życia. Czułem jak z upływem czasu, staję się więźniem swojego przekonania.

Do dzisiaj pamiętam, jak testowałem te dwa słowa na warsztatach, w których mieliśmy je wypowiedzieć w formie ćwiczenia. Coś, co wydawało się z założenia łatwe, skończyło się moją frustracją. Nie potrafię, nie czuję, nie umiem – tłukło się w mojej głowie, To proste ćwiczenie było ponad moje siły.

Wyrażanie uczuć, nigdy nie było moją domeną i sprawiało mi nie lada trudności. Doświadczyłem tego z moją byłą żoną, dziećmi, kolejnymi partnerkami. Czasem te słowa się pojawiały, czasem dusiłem je w sobie. Najtrudniej było mi dotrzeć z tymi słowami do mojej mamy. Mamę umieściłem w folderze z napisem „Nie dam rady. To za trudne. Nie otwierać”

Zadawałem sobie wówczas pytanie: Jak czterdziestokilkuletni (wtedy) facet może w poczuciu szczerości i autentyczności powiedzieć swojej mamie, że ją kocha? Gdzie znaleźć w sobie pragnienie i przekonanie, że szczerze chcę to zrobić? Jak pozbyć się  tego żalu i oczekiwania, że to mi się należy bardziej, bo przecież jestem jej dzieckiem i to rodzice powinni mnie karmić takimi słowami. Jak wyjść z tego zaklętego kręgu oczekiwań? Jak to powiedzieć? Z drugiej strony pojawiały się we mnie wątpliwości: A może ona wcale tego nie potrzebuje? A może ja też, tego już nie potrzebuje? Może oboje przywykliśmy do tego stanu? Więc po co?

Nie odnalazłem odpowiedzi na większość z tych pytań, ale postanowiłem, że spróbuję zmierzyć się z tym wyzwaniem. Nie chciałem czekać do końca życia (mojego lub mojej mamy) na tzw. „odpowiednią chwilę” bo zdałem sobie sprawę, że zwyczajne może zabraknąć mi czasu. Chciałem wypuścić to, co tak uwięziłem w kleszczach swojego przekonania. Okazją stały się nadchodzące urodziny mojej mamy.

Zwykle, kiedy składałem życzenia urodzinowe, mówiłem je szybko, na tzw bezdechu. Bez większych refleksji, z gotowym zestawem słów. Tym razem chciałem zrobić to inaczej. Bardziej świadomie. Zwolnić, poczuć to, co mówię, zrobić pauzę i w końcu wypowiedzieć, to co mnie tak paraliżowało. Nawet jak do końca nie byłem przekonany, czy zdobędę się na odwagę, czy jednak słowa ugrzęzną mi w gardle.

Do dzisiaj pamiętam swoje telefoniczne …i chciałem jeszcze powiedzieć, że Kocham Cię i to, jak wzruszenie i poczucie ulgi wypełniło mnie całego. Czułem, jakbym zdobył jakiś szczyt. I to od razu ośmiotysięcznik” Tak bardzo byłem dumny z siebie i ze swojego wyczynu Te słowa po jakimś czasie wróciły do mnie. Od mojej mamy. Coś się dopełniło w naszej relacji.

Dwa miesiące temu los obdarzył mnie jeszcze jednym wyjątkowym doświadczeniem. Pojawiło się zupełnie z zaskoczenia, cicho, bez fajerwerków, wystrzałów i uniesień. W jakiejś zwyczajnej chwili i zwykłym spotkaniu. A jednak wystarczył jeden prosty gest, który mnie wzruszył i coś się we mnie w jednej chwili rozsypało. Potem poczułem, jak słowa, które tak dobrze znam, chcą wydostać się z mojego wnętrza. Miałem wrażenie, że stoję nad taflą jeziora pokrytego cienką warstwą lodu i boję się, aby zrobić kolejny krok. Boję się, że gdy to zrobię, lód pęknie, woda mnie pochłonie, a ja zatracę siebie. Doskonale znam to uczucie, bo topiłem się w tej wodzie już wiele razy.

Do przodu popycha mnie wewnętrzny głos, który mówi: Powiedz To, powiedz. To Ten moment, przecież to czujesz. Na co jeszcze czekasz? Wypuść mnie w końcu!
Poddaję się temu uczuciu i słyszę siebie, jak mówię: Kocham Cię…

A zaraz potem czuję ulgę. Boże jak mi dobrze….. tak, jakbym uwolnił swoje serce z uścisku martwego przekonania. To, co stało się później, sprawiło, że poczułem się jak dziecko. Miałem wrażenie, jakby rozwiązał się jakiś worek z prezentami. Jakaś część mnie skacze do góry, i krzyczy: „Popatrz, ja też potrafię! Zobacz ja też umiem! To jest proste! To jest lekkie” Zachowywałem się niczym dziecko, nie mogąc się nacieszyć swoim nowym odkryciem.

A gdy już mija fala dziecięcej ekscytacji, dostrzegam coś jeszcze. Widzę, ile w tych słowach jest wolności. Ja nic nie muszę robić! Nie muszę się stawać inną osobą! To nie jest przysięga małżeńska z całym swoim balastem, obciążeniami, warunkami etc. Te słowa niosą wolność dla mnie. Ich celem nie jest uwięzienie mnie w jakimś schemacie, zobowiązaniu, wzajemnym oczekiwaniu lub projekcjach. Te słowa mówią: Kocham Cię, bo jestem wolnym człowiekiem. Te słowa niosą wolność dla mnie i dla Ciebie.

Te wyznanie, to już nie kamienne wieko, które zamyka się nade mną, odbierając mi radość z otaczającego mnie świata i zmuszając do przeżywania szczęścia tylko z odbiorcą moich słów. Po raz pierwszy w swoim życiu mam wrażenie, że te słowa otwierają przede mną zupełnie nowe ścieżki. I to co najmniej milion nowych ścieżek. A każda z nich jest wypełniona wolnością. Czuję się tak, jakbym chciał teraz tego wszystkiego popróbować, zupełnie świadomie. Z poczuciem smaku, ze spokojem, z zaufaniem, z uważnością i  z zachwytem.

Już się nie boję.
Potrafię. Kocham. Dziękuję  ♥️

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.