To zdjęcie zostało zrobione po moim pierwszym masażu lomi lomi. Miałem wtedy 34 lub 35 lat. Byłem na początku swojej drogi zwiazanej z rozwojem duchowym. Kilkanaście lat temu na wiele rzeczy patrzyłem z zupełnie innej perspektywy.
Dzisiaj chciałem podzielić się swoimi przemyśleniami dotyczącymi rozwoju osobistego/duchowego. Ale zanim to zrobię, przybliżę Ci fragment mojej własnej historii. Dość długo wahałem się, czy o tym pisać i czy nie za dużo odsłaniam ze swojego prywatnego życia, ale zdecydowałem się na szczerość.
Rozwój jawił mi się jako ciągły i nieustanny progres. Kojarzyłem go z systemem edukacji szkolnej. Pierwsza, druga, trzecia i kolejne klasy. Kolejne warsztaty, kolejne stopnie. A na końcu miał pojawić się dyplom albo oświecenie :) O rozwoju myślałem wtedy w kategoriach dalej i wyżej. Rozwój był drabiną, po której wspinam się nieustannie do góry. Nigdy w dół.
Jeżdżąc na warsztaty uwielbiałem (i nadal uwielbiam) ich atmosferę. Ten moment gdy pojawia się szczerosć i możemy „poodsłaniać” się w emocjach. Być w przepływie myśli, obecności, uczuć. Jeżeli ktoś bywał, to wie, o czym piszę. Miałem wtedy pragnienie, aby atmosferę, która jest na warsztatach zabrać na zewnątrz. Aby zewnętrzny świat i relacje między ludźmi były podobne do tych warsztatowych. Chciałem już nie tylko „naprawiać” siebie ale cały świat. Chciałem go zmieniać, bo nie do końca akceptowałem go takim, jaki był. Czy tak się da, nie wiem. Zanim zmierzyłem się z naprawą świata, próbowałem zrobić to w mniejszej skali. Na własnym podwórku. Być wzorem, świecić przykładem i zachęcać innych do rozwoju.
Chyba niespecjalnie mi się to udało, bo mój syn patrzył na mnie jak na dziwaka, który o niczym innym nie rozmawia jak tylko o warsztatach i energiach :) Z moją mamą było podobnie. W żaden sposób nie byłem w stanie dotrzeć do niej. Może byłem niezbyt przekonywający a może po prostu to, co proponowałem było dla nich zbyt trudne.
Przez ten cały czas czułem, że rozwój duchowy to moja droga, mój pomysł na Siebie. Chciałem pomagać ludziom a w przyszłości prowadzić własne warsztaty. Świat zewnętrzny majaczył gdzieś na dalszym planie. Nie dopasował się do mnie mój biznes, stare życie, które prowadziłem, znajomi. Ale szczerze mówiąc, miałem to serdecznie gdzieś. Czułem, że wzrastam. Zachłysnąłem się nowym sobą.
Byłem w swoim żywiole. Nie liczyło się już nic innego. Czułem, że robię cos ogromnie ważnego. Można, by rzec, że stałem się kimś, kto „wie więcej”. Byłem w centrum uwagi. W końcu zostałem jednym z asystentów mojego nauczyciela.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem świat warsztatów, na które jeździłem z zupełnie innej perspektywy. I przyznam szczerze, ze nie wszystko mi się spodobało. Byłem zaskoczony reakcjami ludzi, którzy bezkrytycznie wierzyli i robili prawie wszystko, co im zaproponowano. Na początku wydawało mi się to dziwne. Założyłem, że mój nauczyciel wie co robi. Byłem podatny na wszystkie sugestie. Ufałem mu bezgranicznie. Jednak z upływem czasu, coś zaczęło się zmieniać w moim postrzeganiu świata warsztatów rozwoju duchowego. Zauważyłem, że zamiast skupić sie na pracy z sobą, szukam uwagi swojego nauczyciela. Uświadomiłem sobie, że zachowuję sie tak jakbym nie chciał zawieść jego oczekiwań.
A potem jak na zawołanie opadały kolejne zasłony. Zobaczyłem brak uważności, manipulację a w końcu prowokację ze strony nauczyciela jako narzędzie do pracy z ludźmi. Zdarzały się przypadki, że ludzie wyjeżdżali kompletnie rozbici z warsztatów. To wtedy po raz pierwszy spojrzałem na swojego nauczyciela, zupełnie inaczej. Może wcale nie jest taki wszystkowiedzący, jak mi się wydawało? Może ten cały rozwój to ściema? Może biorę udział w krzywdzeniu ludzi? W tym wyidealizowanym świecie, który sobie wytworzyłem i w który wierzyłem, pojawiła się jakaś rysa. Zacząłem analizować prawie każde słowo swojego nauczyciela. Przestał być dla mnie kimś nieomylnym. Powoli traciłem wiarę w to co robię. Poczułem się oszukany. Jednocześnie zdałem sobie sprawę, że tracę jakąś część własnej tożsamości. A właściwie to, kim się stałem w tamtym okresie. Moje słowa, zachowanie, widzenie świata, wszystko to, kim byłem i co sobą reprezentowałem, przyszło do mnie ze świata warsztatów. Mój ukochany, idylliczny świat umierał a ja wraz z nim. Bezgraniczne zaufanie prysło. A bez niego nie potrafiłem już uczestniczyć w warsztatach. Poczułem się jak Adam wypędzony (na własne życzenie) z raju.
Wróciłem do siebie na wieś. Obserwowałem jak upada moja firma i jak tracę środki do życia. Później pojawiły się długi a po nich komornicy. Zbankrutowałem i straciłem swój dom na wsi.
Wkrótce potem, zamieszkałem w maleńkim pokoiku z całym swoim dobytkiem u swojej mamy. Każdego dnia patrząc na mój „majątek” zapakowany w pudełka po bananach, zastanawiałem się co dalej z moim życiem. Miałem wtedy ponad czterdzieści lat. Byłem zły, rozczarowany, a nawet „obrażony” na wszelkie warsztaty rozwojowe. Zaczęli mnie irytować wszyscy nauczyciele duchowi ze swymi „prawdami” na wszelkie problemy. Nad wszystkim górował jednak ogromny żal do świata, za to co się stało. Przestałem szukać wzorców, autorytetów, nauczycieli. Czułem jak się zapadam i nie mam, na czym/na kim się oprzeć. Nie było mi już po drodze z biznesem (odrzucałem materializm) i z rozwojem duchowym (z jego wzniosłością i fruwaniem w obłokach). Stałem w rozkroku. A potem zaczął się najtrudniejszy okres w moim życiu.
Z człowieka, który nigdy nie wierzył w depresję (uważałem to za jakiś wymysł), sam zacząłem jej doświadczać. Wstawałem najpóźniej jak się dało i czekałem na noc jak na zbawienie. W ciągu dnia miałem niekończący się tok myśli, które powodowały natychmiastowy spadek nastroju. Jedyną ulgą było wyjście z domu. Na długie, a potem coraz dłuższe spacery, aby zagłuszyć myśli i doczekać do zmierzchu.
U mamy wytrzymałem pół roku. Potem pojawiłem się w Warszawie. Byłem jak zombie. Poczułem na własnej skórze jak „kradłem” nieswiadomie energię. Moi znajomi zaczęli mnie unikać bo czuli, że sciągam ich w dół swoim ówczesnym nastawieniem do życia. Pożyczałem pieniądze od swojej dziewczyny, broniąc się jednocześnie rękami i nogami, aby cokolwiek zmienić w swoim życiu. Znów miałem długi. Nic mnie nie cieszyło, śmiałem się coraz rzadziej. Wpadłem w marazm. dni zlewały się w jedno. Pewnego dnia złapałem się na tym, ze w mojej głowie pojawiły się nawet myśli samobójcze. Byłem zaskoczony ich obecnością i tym, że jawiły się jak rozwiązanie problemu. Jak odcięcie się od pępowiny ciągłych rozmyślań. Zrozumiałem jak łatwo jest to zrobić i dlaczego ludzie szukają ratunku w używkach.
Mój związek się rozpadał a ja nie potrafiłem podjąć jakiejkolwiek aktywności zawodowej. Ciągle wierzyłem w cud i w to, że wszystko to co było wróci i będzie jak dawniej. A świat coraz bardziej mnie dociskał.
Pamiętam jak zmusiłem się w końcu do szukania pracy. Na swoim pierwszym w życiu CV. wpisałem swoje imię, nazwisko i jakieś ogólniki. Czułem się tak jakbym odrabiał niechcianą pracę domową. Założyłem sobie, że rynek błyskawicznie zareaguje na moje CV. Nie zareagował :) A potem…potem zgłosiłem się do Agencji Pracy. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wyszedłem do ludzi. To była moja pierwsza praca u kogoś. Potem nadeszły kolejne.
W szukaniu pracy zaskoczyło mnie to, że nie miałem wysokiego mniemania o sobie. Szukałem prac niewymagających kwalifikacji. Sprzątałem banki i zamiatałem ulice. Bałem się, żeby nikt ze znajomych mnie nie rozpoznał. Wstydziłem się tego co robię. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to była jedna z najważniejszych lekcji, którą dostałem od życia..
W moim ówczesnym związku nadszedł dzień rozstania. Rozstaliśmy się, a ja wylądowałem u kuzyna. Tam okazało się, że nie jestem szczególnie mile widziany przez innych sublokatorów. Po dwóch tygodniach wyniosłem się z rzeczami do …..pracy. Nocleg w pracy w sutenerze (piwnica pod kamienicą) pod pożyczonym kocem i z walizami pod łóżkiem, okazał się dla mnie momentem przełomowym. Czułem się jak bezdomny. Miałem wrażenie, że sięgnełem dna.
Wróciłem do mamy. Zdecydowałem się wtedy na wyjazd z Polski. Dzień w dzień pisałem po 10 maili za granicę szukając pracy. Po 4 miesiącach uśmiechnęło się do mnie szczęście. Wyjechałem a właściwie wyleciałem (po raz pierwszy w swoim życiu) za granicę.
Tam uświadomiłem sobie jak przez te lata bardzo „zastygłem”, jak przestałem czerpać radość z życia. Jak z niej z rezygnowałem i jak bardzo za nią tęskniłem. Zacząłem się uśmiechać. Zacząłem zarabiać. Gdy dostałem swoją pierwszą wypłatę, popłakałem się ze wzruszenia. Ta wypłata (za pół miesiąca pracy) rozwiązywała prawie wszystkie moje problemy finansowe. Poczułem dawno nieodczuwaną ulgę. Coś puściło. Poczułem, że świat nie jest taki zły i obfitość znów wraca do mnie. I że znów na nią zasługuje i wszystko będzie dobrze.
Po 7 latach historia zatoczyła koło. Wróciłem do warsztatów. Jestem w podobnym miejscu, ale czuję, że we mnie samym bardzo dużo się zmieniło. Teraz mój wewnętrzny Głos ma dla mnie znaczenie. Tak samo jak harmonia pomiędzy dwoma światami. Tym materialnym i tym duchowym. Patrząc wstecz, widzę sens tego co się wydarzyło. Musiało upłynąć jednak sporo czasu abym to zobaczył i zrozumiał.
Dlaczego piszę o tym wszystkim?
Nawiązałem do swojej historii po to, bo może znajdziesz w niej jakieś podobieństwo lub będzie to dla Ciebie jakąś inspiracją. Nie uważam się za osobę, która może w jakikolwiek sposób wskazywać komuś jedynie słuszną i właściwą drogę rozwoju, bo takiej jednej jedynej (dla wszystkim) chyba nie ma. Natomiast ogromnie cenię sobie doświadczenie. Dlatego też właśnie nim chciałem się z Tobą podzielić. A więc co pokazała mi ta cała sytuacja?
Przede wszystkim to, że nie potrafiłem wyważyć harmonii pomiędzy moim starym życiem (biznesem) a nowym (rozwojem duchowym) W moim przypadku ta równowaga została zachwiana. Zachłystnęłem się nową jakością w swoim życiu i nie zintegrowałem jej z ziemskim życiem. Zamiast tego trwałem w idyllicznej rozwojowej bańce, którą sam sobie wytworzyłem, odcinając się od zewnętrznego świata. Świata, który chciałem zmienić, nie rozumiejąc, że ta irytacja ludźmi i światem zewnętrznym ma mi pokazać, ile jeszcze rzeczy we mnie samym woła o integrację i zrozumienie.
Moje ówczesne poszukiwanie autorytetu w innych, sprawiło, że nie wsłuchiwałem się (lub robiłem to za rzadko) we własną mądrość, intuicję czy głos. Zawsze ktoś z zewnątrz miał rację. Wiedział i czuł więcej. To bezkrytyczne ufanie i słuchanie innych spowodowało, że rezygnowałem z siebie, nawet wtedy kiedy czułem podskórnie, że to, co robię nie służy mi ani nie przyczyni się do niczego dobrego. Ten brak zaufania do siebie zwalniał mnie po części z podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności za siebie i własne życie. Wierzyłem, że ktoś weźmie odpowiedzialność za moje życie i mi je „naprawi” :)
Dzisiaj nie staram się już myśleć o sobie w kategoriach: „już mam to przerobione” lub „mnie to nie dotyczy”, lub „jestem już dalej/dłużej w rozwoju”. Takie myślenie może okazać się złudą i stanowić nie lada przeszkodę do dalszego świadomego życia. A na pewno stanie się świetną pożywką dla naszej „wyjątkowości” :)
Rozwój dla mnie to już nie linia prosta, która ciągle pnie się do góry, coraz wyżej i wyżej. To raczej rodzaj koła, ze swoją powtarzalnością. Koła, po którym poruszam się, mierząc się z różnymi sytuacjami, które przynosi mi życie. Jednak to dzięki rozwojowi świadomości mogę je widzieć i rozumieć inaczej niż kiedyś. A ponieważ dodatkowo z każdą chwilą się zmieniam i staję się bogatszy o upływ czasu, zrozumienie czy też doświadczenie, to na każdą z takich życiowych sytuacji mogę zareagować inaczej niż kiedyś. Lub po prostu być ich świadom.
Moja historia nie jest opowieścią o tym ile zła i rozczarowania przyniosły mi warsztaty rozwoju duchowego, bo byłaby to nieprawda. Jest wprost przeciwnie. Zawdzięczam im ogromnie dużo, tak jak ludziom, których spotykałem na swojej drodze i swoim nauczycielom. Wszystkim.
Bez wyjątków.
To dzięki nim jestem dziś tu gdzie jestem. O wiele bliżej Siebie niż kilkanaście lat temu.
I tego Ci z całego serca życzę! ❤
Posłuchaj podcastu.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

