To będzie bardzo subiektywny wpis, oparty na moim własnym doświadczeniu. Spróbuję w nim opisać to co wiem na temat zachowania zdrowia. Nie, nie jestem lekarzem i zdaję sobie sprawę, że to o czym napiszę nie musi zadziałać we wszystkich przypadkach i u wszystkich ludzi. Niemniej gorąco zachęcam Was do spróbowania. Możecie być zaskoczeni efektami. Jestem żywym (ciągle jeszcze :) ) przykładem. Od kilkunastu lat nie choruję, nie chodzę do lekarzy, nie mam w domu żadnych lekarstw, nawet tabletki od bólu głowy i co najciekawsze, wszystkie moje propozycje, możecie sprawdzić na sobie od razu.
Z wiekiem i własnymi obserwacjami uważam, że ogromny wpływ na nasze zdrowie mają 3 rzeczy:
1. Sen
2. Stres (oczywista oczywistość!)
3. Jedzenie.
Kluczem w tych trzech przypadkach jest zachowanie harmonii w każdej z nich (z wyjątkiem stresu, oczywiście :) ) i dotrzymanie pewnych zasad. Pozwólcie, że spróbuję objaśnić każdy z tych punktów.
Sen
Aby zrozumieć mechanizm dobroczynnego działania snu na nasz organizm, użyję pewnego porównania. Wyobraźcie sobie, że nasz organizm przypomina smartfon. Jak każde urządzenie przetwarza odpowiednią ilość danych i kontroluje poszczególne procesy. Im więcej procesów działa w tle i im dłużej pracuje, tym szybciej zostanie rozładowany. Aby przywrócić pełną sprawność, musimy go podpiąć do ładowarki. Każdy z nas wie, jak wygląda ładowarka do telefonu, ale nie każdy wie, że naszą naturalną ładowarką jest sen. Jako ludzie, mamy wrodzoną zdolność do regeneracji organizmu i samoleczenia. Musimy tylko pozwolić sobie na odpoczynek. Więc wystarczy iść spać i już?
Tak, ale zanim to zrobicie, obalę jeden mit, dam dobrą radę i wskażę Wam miejsce do spania :)
Czas snu (mit)
Gdy dorastałem a także w późniejszym okresie mojego życia właściwą i zalecaną normą snu było sztywne 8h. Mówiono o tym i pisano wszędzie. Bardzo długo ta informacja istniała też w mojej świadomości. Dzisiaj, uważam, że nie ma czegoś takiego jak jednakowa ilość snu dla każdego z nas. Każdy z nas jest kimś wyjątkowym z unikalnym organizmem. Dlatego ciężko jest mierzyć taką samą miarą wszystkich ludzi. Jednakowy optymalny sen dla wszystkich uważam za mit. Jedni śpią dłużej inni krócej. Moje ostatnie odkrycie to fakt, że do pełnego snu wystarczy mi czasem nawet 5h!
Pora snu (dobra, a nawet bardzo dobra rada)
To kluczowy element mający wpływ na regenerację naszego organizmu i długość naszego snu. Poeksperymentujcie z godzinami snu. Zamiast kłaść się spać po północy, spróbujcie położyć się wcześniej spać. Z moich obserwacji wynika, że dla mnie najlepszą porą na rozpoczęcie snu jest godzina 22.00 lub nawet 21.30! Dla wielu z Was zabrzmi to pewnie jak science – fiction. Kiedyś reagowałem tak samo, gdy usłyszałem od swoich znajomych, że idą spać, mimo że na zegarze była 21.00! A to przecież jeszcze dzień :) Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Wiedzieli już o tym Chińczycy, którzy uważali, że nasze organy mają swój optymalny czas na regenerację (coś jak szybkie ładowanie w smartfonach) Nie jestem ekspertem od Chińczyków ale jednego jestem pewien, to naprawdę działa! O ile położę się przed północą a właściwie w okolicach 22 -ej, budzę się ok 4.00 a czasem przed 3.00 rano. Najciekawsze jest to, że nie muszę używać budzika, wstaję i czuję, że jestem wyspany.
Po co właściwie wstawać tak wcześnie? A może pytanie powinno brzmieć: Po co właściwie siedzieć po nocy? Wiem, że są osoby, które uwielbiają tę porę dnia, ale jeżeli się dokładniej temu przyjrzycie, to zobaczycie, że to nie noc Was pociąga, ale to z czym się Wam kojarzy. Z ciszą i spokojem, prawda? Zapewniam Was, że wczesny ranek jest podobny, z tą jedną, ale ogromną różnicą, że jesteście już wyspani. A wokół nas panuje cisza, czyli dokładnie to samo, czego szukamy w nocy.
Jeszcze słówko o drzemce w ciągu dnia. Pamiętacie przymusowe spanie po „obiadku” w przedszkolu? Nie wiem, jaki to miało sens dla dzieci, bo dla przedszkolanek na pewno jakiś miało. Np.upragniony dla nich „święty spokój” :) O ile wtedy to była dla mnie tortura, aby kłaść się do łóżka w ciągu dnia, to teraz regularnie korzystam z popołudniowej drzemki, a nawet zrobiłem z tego mały rytuał. Kiedy korzystać ze snu w ciągu dnia? Oczywiście po obiedzie. A dlaczego? Dlatego, że Wasze ciało musi ogarnąć, to co trafiło do niego w trakcie obiadu. Jeżeli jesteście uważnymi obserwatorami, to poczujecie znużenie po posiłku. To sygnał, że nasze ciało szuka dodatkowej energii w ciele po to, aby zająć się trawieniem i wyłącza niepotrzebne procesy. Na przykład myślenie :) Doskonale to widać na przykładzie komputera. Jeżeli uruchomicie zbyt wiele programów, które działają w tle, komputer spowolni i zacznie zwyczajnie „mulić” lub „się wieszać” Nasze ciało działa bardzo podobnie. Jeżeli proces jest ważny (a takim właśnie jest proces trawienia) to wszystkie siły i środki organizmu zostaną skierowane na ten odcinek. Tak więc, jeżeli macie okazję, skorzystajcie, z krótkiej drzemki. Zobaczycie, że, poczujecie się lepiej w dalszej połowie dnia.
Miejsce snu (wskazówka)
Miejsce, w którym śpimy ma znaczenie. I to ogromne. W niektórych miejscach śpi nam się bardzo dobrze, mamy głęboki, regenerujący sen a w innych kręcimy się z boku na bok i szlag nas trafia, bo noc sie kończy a sen nie nadchodzi. A na koniec wstajemy zmęczeni i rozbici. Nie mam pojęcia czy mają na to wpływ cieki wodne (żyły), kierunki świata czy inne przyczyny. Kiedy uświadomiłem sobie, że miejsce do spania jest istotne, miałem to szczęście, że mieszkałem na wsi, a moimi nauczycielami były zwierzęta. Szczególnie psy, bo koty ciągnie do dziwnych miejsc :) Obserwowałem swoje kundle i testowałem miejsca w domu, w których kładły się moje psy. Testowanie polegało na przesuwaniu materaca na miejsce „wskazane” przez psa. O dziwo w tych miejscach spało mi się rewelacyjnie. Zwierzęta mają bardzo dobrze rozwinięte „czucie” pola energetycznego i dlatego są dobrymi wskaźnikami.
Co zrobić, kiedy nie macie zwierząt w domu? Szukajcie samodzielnie. Czasem wystarczy przesunąć odrobinę łózko lub zamienić się miejscami czyli położyć nogi tam gdzie głowa lub na odwrót. Nie, nie trzeba odrywać od ciała! :P Wystarczy się przemieścić. Moje obecne łóżko ma dwie strefy: weekendową i roboczą. Gdy nie muszę wstawać wcześniej, śpię na weekendowej. Wtedy sen jest głębszy i śpię dłużej. Strefa robocza działa odwrotnie, śpię krócej i czujniej a budzę się bez budzika!
Stres
Z tym przeciwnikiem nie będzie już tak łatwo. Nie podam niestety gotowej recepty, jak sobie z nim poradzić. Stres pojawia się w sytuacjach, w których sobie nie radzimy (np. nowe okoliczności lub brak umiejętności w danych dziedzinach) Długotrwały stres i związane z tym napięciem niszczy po cichu nasz organizm. I robi to skutecznie. Spotykałem się zw swoim życiu z różnymi opiniami. Są tacy, którzy dobrze się czują w takim permanentnym napięciu i chwała im za to. Generalnie nie jestem mistrzem mierzenia się ze stresem. Jestem raczej mistrzem schodzenie mu z drogi. Jeżeli coś mam zrobić a będzie się to wiązało z długotrwałym stresem, odpuszczam. Tak się dzieje, jeżeli chodzi o pracę i wybory z nią związane. Jeżeli jednak nie mogę „ominąć” czynności, której nie lubię „udaję” że ją lubię i jestem w niej najlepszy. To udawanie polega na wmawianiu sobie na krótko przed jej rozpoczęciem, tekstów w stylu: „Uwielbiam to, jestem świetny w tym, nie mogę się doczekać, aby zacząć to robić” itp. Jakkolwiek abstrakcyjnie to brzmi, naprawdę działa! Sprawdzałem to wielokrotnie na sobie. Przez krótką chwilę, wierzę w to co mówię, a moje ciało się rozluźnia. Gdy używam, tej metody zdarza mi się, że sam śmieję się z tego co mówię :) Pojawia się wtedy radość, która jest wynikiem rozluźnienia. Obserwując siebie zauważyłem, że mnóstwo rzeczy w życiu wychodzi mi wtedy, kiedy jestem rozluźniony i zrelaksowany. Czego sobie i Wam życzę!
Stres może mieć też związek z brakiem czasu, który przeradza się w pośpiech. Wtedy pojawia się w nas uczucie dyskomfortu, potem czujemy napięcie, które przechodzi w stres. Tu podam Wam sposób, który podpatrzyłem u swojej mamy. Moja mama jest już starszą kobietą i odkąd pamiętam, gdy wybierała się np. na mszę to „żeby zdążyć” zwykle wychodziła z domu z zapasem 1h. Mimo że do kościoła było 15 min drogi. Z wiekiem ten zapas czasu wzrastał. Pamiętam, że byłem ogromnie zirytowany takim podejściem do „szykowania się”, tym bardziej że nasze wspólne wyjścia „skażone” były tym samym schematem. Po latach dostrzegłem w tym mądrość. Zacząłem korzystać ze sposobu mojej mamy, ale „troszkę” go zmodyfikowałem.
Na czym to polega? Otóż „udaję” że nie mam czasu i czynności, które zwykle wykonywałem w ostatniej chwili (a które mogę wykonać wcześniej), „przesunąłem” na początek. Czyli zamiast się śpieszyć i stresować, kiedy już nie mam czasu, śpieszę się, kiedy mam czas. Brzmi trochę głupio, ale wiecie co się okazało? W tym „przesuniętym” i udawanym pośpiechu nie pojawia się stres. A kiedy skończę przygotowania, jestem gotowy do wyjścia z duuuużym zapasem czasu i mogę sobie pozwolić na relaks. A czyż nie o to w życiu chodzi? :)
O jedzeniu opowiem Wam w kolejnym wpisie, bo to temat na oddzielny post.
Wszystkiego Zdrowego!
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)



