Za każdym razem jest inaczej.. Ale może właśnie to, stanowi o wyjątkowości podróży?
WYJAZD
Wyjeżdżamy prawie o czasie (30minut później). Tym razem, jedziemy dwupasmówką w kierunku Białegostoku, by po jakiś 2h zjechać na „podlasiowe” drogi.
W jednej chwili cała nasza podróż zwalnia. Jedziemy przez otwarte przestrzenie, mijając okoliczne wsie, które wydają się wręcz wyludnione. Podziwiamy krajobrazy, wiejskie chaty, bociany. Tych ostatnich jest tak dużo, jakby ktoś rozsypał je garściami po okolicznych wsiach. Zmienia się również architektura. Kościoły ustępują miejsca cerkwiom. Z początku murowanym, potem przechodzącym w malownicze wręcz bajkowe, wiejskie świątynie, pomalowane na zielono lub niebiesko.
SZEPTUCH
Na kilka kilometrów przed wsią, do której chcemy dotrzeć, zmienia się pogoda, a na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury. Zaczyna również błyskać.
Spoglądamy na siebie. W jednej chwili ulatuje gdzieś lekkość naszych rozmów.


Do wsi wjeżdżamy już w deszczu.
Jadę powoli pilnując, żeby nie przegapić charakterystycznego domu.
W końcu go dostrzegam. Jest!. Czuję w sobie ulgę, bo właściwie jadę na wyczucie. Przed domem nie ma nikogo, nie ma też żadnych samochodów (z wyjątkiem jednej terenówki), które zwykle stały przy poboczu. Parkuje przy domu. Podchodzimy do drzwi. Łapię za klamkę….zamknięte. próbuję jeszcze raz, bez zmian. Chwilę stoimy przed domem. Obok drzwi zauważam kartkę z numerem telefonu. Dzwonię…..nikt nie odbiera. Stoimy jeszcze chwilę przed drzwiami, nasłuchując jakichkolwiek odgłosów z wnętrza domu. Bezskutecznie.
Czekamy.
W międzyczasie postanawiamy, skorzystać z wiejskiej wygódki, która okazuje się nie lada wyzwaniem.
– Jak mam tu zrobić siku? -pojawiają się pytania, na które chyba nie ma dobrej odpowiedzi 🙂
Gdy już wracamy w kierunku domu szeptucha, widzimy jak otwierają się drzwi, a z jego wnętrza wychodzi grupa mężczyzn. A za nimi pojawia się nasz Szeptuch. Pan Anatol wygląda na sześćdziesięcioletniego mężczyznę, jednak potem okaże się, że właściwie to ma już 87 lat. Nie ma w jego ubiorze nic, co mogłoby go wyróżniać, z lokalnej społeczności. Ot zwykły ubiór: koszula, spodnie, żadnych wisiorków, emblematów, czy też nakryć głowy. Wygląda tak zwyczajnie, że z dużym prawdopodobieństwem, można by go zaczepić na ulicy i zapytać się, czy wie gdzie mieszka Szeptuch 🙂
A potem dzieje się coś, co wprawia nas w pewne zdumienie. Okazuje się, że jako pierwsza do pana Anatola wchodzi Ewa, która do końca nie była przekonana, czy chce to zrobić. Wszystko dzieje się naturalne, bez żadnego nacisku, przekonywania, czy też namawiania. Ta scena powtórzy się raz jeszcze. Być może jest to wynikiem jakiejś szczególnej aury pana Anatola, a może serdeczności, która sprawia, że znikają wszelkie obawy.

Gdy tak siedzimy i czekamy na wejście kolejnej osoby, deszcz nieustannie leje. Potem do odgłosów burzy, dochodzi dźwięk okolicznej piły. To wszystko wzbudza w nas niepohamowaną wesołość i oczami wyobraźni widzimy jak Pan Anatol, nie mogąc modlitwą zaradzić problemom swojego gościa, postanowił rozprawić się z nimi, bardziej tradycyjnymi metodami 🙂
Kiedy obserwuję osoby, które wychodzą od szeptucha, widzę w ich oczach radość. To dobry znak. Dobry nastrój udziela się wszystkim. Wizytę u Pana Anatola, uważam za zakończoną.
Potem ruszamy dalej w drogę. Prosto do pustelni.
PUSTELNIA
To jedno z tych miejsc, do których lubię wracać. Pustelnia jest połączona z lądem, drewnianą kładką. I to właśnie ta kładka, za każdym razem kradnie moje serce. Nie wiem co jest szczególnego, w zwykłej drewnianej kładce, ale ilekroć tu jestem, odczuwam niewytłumaczalną wręcz przyjemność stąpania po niej. Te wszystkie zapachy i dźwięki z okolicznych pół i lak, wprowadzają mnie w iście medytacyjny nastrój. Wystarczy, że spojrzę przed siebie lub pod własne stopy i już cały świat ze swoimi problemami, zgiełkiem znika bez śladu. Czasem myślę, że ta kładka jest zdecydowanie za krótka i mogłaby się nigdy nie kończyć 🙂
Kladko trwaj!

Wchodzimy na wyspę. O tej porze, nie ma jeszcze zbyt wielu turystów.
Ale gdy pojawi się ich więcej, zjawi się również tutejszy mnich, który będzie pełnił rolę przewodnika. Możemy dołączyć do grupy lub samemu zwiedzić wyspę. Jednak widzę, że każdy z nas wybiera samodzielną eksplorację. Jestem tu po raz czwarty lub piąty i mam już swoje ulubione miejsca. Pierwszym z nich jest kapliczka na wyspie. Można do niej wejść, zapalić świeczkę i spędzić czas na kontemplacji. Tak niewiele wtedy trzeba, żeby pojawiła się intymność, zaduma, a może jakaś nieuchwytna nić łącząca się z czymś duchowym, wybiegającym poza miarę naszego umysłu.
Gdzieś w oddali widzę grupę, udająca się pod przewodnictwem mnicha prosto do cerkwi, ale za nim do nich dołączę, chcę zobaczyć jeszcze jedno miejsce. To niewielki pomost, ukryty w szuwarach z widokiem na maleńki staw. Niestety kładka jest podtopiona. Szkoda. Z pobieżnej obserwacji, odnoszę wrażenie, że pustelnia podupada, a może bardziej staje się zaniedbana. Wskazują na to elementy zabudowy, które są podniszczone, wspomniany wyżej pomost, niechlujny wygląd mnicha czy stan WC, znajdujących się na wyspie. Bynajmniej tych ogólnodostępnych, bo do tych przeznaczonych dla duchowieństwa, nie czułem się godny, aby odwiedzić 🙂

Powoli opuszczamy pustelnie.
A kiedy już schodzimy z kładki, mam silą pokusę, aby zostać tu na dłużej i skosztować poranka w takim miejscu, siedząc na brzegu albo na kładce pijąc kawę, wpatrywać się w bezkres rozlewiska. To właśnie takie miejsce.
No ale wszystko się kiedyś kończy, kładka również 🙂
Teraz wiem dlaczego, to nie cel sprawia mi najwięcej frajdy, ale droga do niego.
GRABARKA
To ostatni, punkt naszej wyprawy, i chociaż nie był wcześniej ujęty w planie podróży, grzechem byłoby go nie odwiedzić. Ale wcześniej musimy coś zjeść. Decydujemy, że zrobimy sobie przerwę i zjemy coś najbliżej Grabarki. Wybór pada na miejscówkę, tuż obok klasztoru i świętej góry. Przy drodze stoi stara chałupa, a obok niej, coś na kształt przyczepy kempingowej, ale nazwać tego food truckiem byłoby ogromnym nadużyciem. Podchodzimy bliżej. Wybór jest naprawdę symboliczny, a o tej godzinie to właściwie…. już go nie ma. Jest co prawda szansa na babkę ziemniaczaną (tutejszy przysmak), ale dopiero za godzinę. Nie mamy wyjścia. Decydujemy się, że odwiedzimy w tym czasie Grabarkę, a potem wrócimy tu na obiad.
Wchodzimy pod górę w kierunku cerkwi i zdarza się coś, czego wcześniej nie doświadczyłem. Ciszę przerywa dźwięk dzwonów. Trafiamy idealnie na początek nabożeństwa. Decydujemy się na wejście do środka. Znam tą przestrzeń, bo byłem tu już kilka razy Siadamy na ławkach. Z tyłu za nami stoi starsza zakonnica, która przestrzega tutejszego savoir vivre. Odkryta głowa u kobiet, krótkie spodenki czy klapki nie są tu mile widziane.
Przestrzeń świątyni wypełnia jakaś surowość, ale wydaje mi się, że nie płynie ona z wnętrza tego miejsca, ile z dogmatów, które są narzucane przez religie. Patrzę więc na księdza, odprawiającego mszę, i czuje jak bardzo jest odległy od obecnych tu ludzi, spoglądam na siostry zakonne, w czarnych, wręcz nieprzeniknionych szatach. Być może dla osób zaznajomionych z obrządkiem prawosławnym, ta surowość, niezmienność formy jest czymś naturalnym, to dla mnie jest to niezrozumiałe. W cerkwi robi też duszno. Wychodzę na zewnątrz. Z ulgą oddycham, świeżym powietrzem. Po chwili dołączają też dziewczyny. Udajemy się na krótki spacer. Dookoła mnóstwo krzyży. Tutaj ludzie przynoszą swoje krzyże, aby prosić o łaski lub podziękować za te otrzymane Cała góra jest wręcz nimi wypełniona. Mimo to Grabarka jest dla mnie dobrym, energetycznym miejscem. Czas się zbierać.
Jeszcze tylko wizyta przy studni z cudowną, a na pewną przepyszną wodą, szybkie ( tzn. taki był plan 😃) zakupy na okolicznych stoiskach i wracamy na obiad.
Siedzimy przy ścianie, starej chałupy, czekając na jedzenie. Wreszcie jest! Porcja wydaje się mała, ma wielkość średniej drożdżówki. Okazuje się, jednak że babka ziemniaczana mimo swojego niewielkiego i niepozornego wyglądu spełnia idealnie swoje zadanie. Jest przepyszna, świeża i prosto z pieca! Łapię się na tym, jak często pozory mylą. Ani przydrożny zajazd, ani menu, nie wyglądały zachęcająco. A tu taka niespodzianka! Kończymy nasz posiłek popijając kwasem chlebowym i po raz drugi w czasie tej wyprawy, moje ciało mówi: -Poczekaj jeszcze chwilę, posiedźmy jeszcze. Ulegam tej pokusie. Mam tutaj wszystko czego potrzebuję. Ciszę, spokój i świeże powietrze. Mógłbym tak siedzieć przynajmniej dwa dni 🙂
No, ale ile można siedzieć? 🙂
Wracamy do domu syci i pełni wrażeń. Dzień się właśnie kończy, a wraz z nim mija czas naszej wspólnej podróży. Jestem jednak całkowicie przekonany, że wkrótce będą następne, a każda z nich będzie równie wyjątkowa, jak ta która właśnie dobiegła końca.
Kiedy kolejna podróż?
Sprawdź harmonogram wyjazdów (kliknij tutaj) lub zaproponuj własny termin (napisz do mnie)

