Dzień pierwszy
Ruszamy. W oddali widać zatokę Jeniseju. Robimy sobie pierwsze selfie. Jest dobrze. Czuć energię do marszu.
Widoki są nieziemskie. Jeżeli ktoś lubi otwarte przestrzenie, poczuje się tutaj jak ryba w wodzie. Zatoka Jeniseju jest jeszcze skuta lodem. Podobno okoliczni mieszkańcy przejeżdżają przez rzekę samochodem. Oprócz gór, przez które się wspinamy ze swoimi 15-kilogramowymi plecakami mijamy również rozlegle równiny.
Po kilku godzinach marszu mój brak kondycji, daje się we znaki. Na moim towarzyszu marsz nie robi większego wrażenia. Gdy ścieżka biegnie dołem, ale można ją również pokonać poprzez górę, to oczywiście mój towarzysz wędr.ówki, pakuje się pod górę. Nie pozostaje mi nic innego jak kroczyć za nim w moich chińskich adidasach. W czasie drogi robimy sobie krótkie 15 min przerwy w czasie których siedzimy i jemy rodzynki lub orzeszki. Jak jakieś króliki. ?
Tego dnia pokonujemy ok. 25 km. Gdy zbliża się wieczór, decydujemy się na nocleg w jakimś przydrożnym lesie. Sasza chce kontynuować marsz, ale wymuszam na nim zmianę decyzji, bo mój archetypowy strach o zimno, daje o sobie znać. Mam przeczucie, że słońce bardzo szybko schowa się za horyzont a wtedy, jedyne źródło światła i ciepła przestanie nam towarzyszyć. Różnicę zdań w wybraniu miejsca na nocleg, uświadamiają mi, że czas zrezygnować z wygodnej dla mnie roli osoby, która podejmowanie decyzji zostawia komuś innemu.
Czas mija bardzo szybko i równie szybko robi się ciemno. Próbujemy zebrać drzewo na ognisko. A właściwie to ja zbieram :) Sasza nie radzi sobie z rozpaleniem ogniska i przygotowaniem drzewa a nasz chiński kompas właśnie odmówił posłuszeństwa. To zaskakujące jak szybko Natura weryfikuje czy przedmioty, które Cię otaczają, przydadzą się do czegoś czy nie. Drzewo jest albo suche albo mokre. Noc zapada według ustalonego porządku i raczej nie poczeka na Ciebie, aż już rozpalisz sobie ognisko. Wszystko działa tutaj według ustalonego trybu i to Ty musisz się dopasować do niego. Nie na odwrót. To wyzwala w Tobie uczucie pokory i wrażenie, że jesteś tylko malutkim trybikiem, względem potęgi naury.
Mamy pecha, bo trafiamy na wilgotne drzewo i dopiero po kilku godzinach udaje się nam wreszcie rozpalić ognisko. Ogień to wszystko, czego nam potrzeba.
Pora na pierwszą noc w namiocie Spimy w tym czym szliśmy. Zdejmujemy tylko buty.
Cholera, jest naprawdę zimno. Tej nocy temperatura spada do – 10 stopni.
Dzień drugi
Wydostanie się z ciepłego śpiwora, to stoczenie prawdziwej wewnętrznej wojny pomiędzy słabościami a obowiązkiem. Wiem, że im dłużej będę zwlekał, tym będzie gorzej. Udało się. Przypominam sobie lekcje w-fu i robię wymachy wszystkim, co posiadam. Noooo prawie wszystkim :) Mimo to, nadal odczuwamJest zimno. Jedynym naszym marzeniem jest powtórne rozpalenie ognia. Drewna zostało niewiele, ale jakoś się udaje. Kawa i baton z krwi jelenia. Nie sprawdzam składu tego batonika, wierzę na słowo.
Ruszamy dalej. Nogi bolą, ale jest przynajmniej cieplej.
Marsz, dużo marszu. Sasza okazuje się miłośnikiem wspinaczek, więc wspinamy się na szczyty. Jak bardzo tego nie lubię. Dlaczego góry nie są płaskie? Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok. To menhiry. Ogromne bloki skalne,wkopane pionowo w ziemię. Trochę podobne do naszych płyt nagrobnych. W ten sposób w Chakasji chowano swoich zmarłych. Te kamienie uważane są przez niektórych za miejsca mocy. Zatrzymujemy się tam chwilę. Opieram się plecami o duży głaz i staram się odpocząć. Nie wyczuwam w tym miejscu nic specjalnego. Niestety mimo słońca, czuję zimno.
Niedaleko nas pasie się bydło. Obserwujemy je i dochodzimy do wniosku, że zwierzęta nie wchodzą na pola, na których znajdują się te kamienne głazy. Omijają te miejsca z daleka. Obok bydła pojawia się ktoś jeszcze. Zbliża się do nas jeździec na koniu. Zrównuje się z nami i zagaduje o coś Saszę. Nie rozumiem dokładnie o czym rozmawiają, ale człowiek na koniu jest wyraźnie wzburzony. Przy boku siodła ma przytroczoną broń. Wyraźnie jest pasterzem, a to bydło ,które widzieliśmy wczesniej należy właśnie do niego. Potem usłyszę od Saszy, że powodem jego zdenerwowania, nie był fakt, że weszliśmy na jego teren, tylko ognisko, które wczoraj zauważył. Sasza nie przyznał się, że to my je roz[aliliśmy. Dopiero później dowiem się, że na stepie szaleją ogromne pożary i przebywanie na nim, nie mówiąc o rozpalaniu ognisk, może być ogromnym zagrożeniem dla życia.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej i oczywiście wchodzimy pod górę. Gdy schodzimy z góry, czuje każdy mięsień, pojawia się ból serca i mam wrażenie, że mam gorączkę. Sugeruję Saszy, abyśmy złapali stopa do wsi. Potrzebuję zjeść coś ciepłego i przede wszystkim odpocząć. Pojawia się we mnie trema przed zatrzymywaniem samochodu. Ale nie na długo. Ja po prostu nie mam innego wyjścia. Nie przejdę tych kilkunastu kilometrów, bo padam z sił. Dochodzimy do jakiejś drogi. Staję na poboczu i macham ręką. Samochodów jest mało. Nikt się nie zatrzymuje.
Pod wieczór, dochodzimy w końcu do jakichś zabudowań.
Wieś
Większość domów jest położona wzdłuż drogi. Mijamy budynek, który przypomina szkołę i dochodzimy do najważniejszego obiektu we wsi. To sklep. W tej chwili jest akurat zamknięty
– Bo sklepowa gdzieś wyszła – słyszymy komentarz
– Ale zaraz powinna wrócić – dodaje ktoś z ludzi czekających przed sklepem.
Po krótkiej chwili lądujemy w sklepie. Robimy małe zakupy a sklepowa, proponuje nam, że odgrzeje zakupione przez nas parówki w mikrofalówce. Życie jest piękne! Ciepła kiełbasa plus miejscowe piwo sprawia, że mógłbym już tu zakończyć moją wędrówkę :) Okazuje się, ze nasze pojawienie się we wsi wzbudza miejscowe zainteresowanie a sympatyczna pani ze sklepu, zgadza się nam pomóc w sprawie noclegu we wsi. Wykonuje parę telefonów i oto po chwili mamy zapewniony dach nad głową. Dowiadujemy się również, że rano ze wsi odjeżdża autobus do Chakasji. Decydujemy się, że ostatnie kilkadziesiąt kilometrów pokonamy, jadąc autobusem. To bardzo dobra wiadomość.
Idziemy z naszą przewodniczką do miejsca, gdzie możemy przenocować. Nasze lokum na noc to opuszczony dom z zabitymi oknami i drzwiami. Takich domów w tej wsi jest mnóstwo. Wielu ludzi z uwagi na biedę i brak pracy opuszcza wieś i wyjeżdża do miasta w poszukiwaniu pracy. My trafiamy na dom jakiegoś byłego żołnierza. Podobno chata jest w niezłym stanie z całymi oknami i zapasem drzewa na opał. Do domu wchodzimy przez okno. Nie mamy zbyt wiele czasu, aby rozejrzeć się po wnętrzu. Czas nas goni, za chwilę zapadnie ciemność a my musimy rozpalić ogień w kuchennym piecu. Wychodzę na zewnątrz. Sprawdzam wszystkie komórki i szopy w obejściu. Drzewa ani śladu. W jednej szopie natykam się na zwłoki psa. Pies wisi na linie. Pętla zaciśnięta wokół szyi. Ewidentnie zrobił to jakiś człowiek. Co było przyczyną takiego postępowania, nie wiem. Widok jest tak przygnębiający, że wraca do mnie później jeszcze wielokrotnie.
Deski, kawałki drewna i wszystko,to co znajdujemy na zewnątrz, leży już koło pieca. Przydaje się moje wiejskie doświadczenie z rozpalaniem pieca. Po jakichś 30 min ogień już trzeszczy w piecu. Siedzimy przy ogniu i chociaż chałupa ma dość przestrzeni, my ciśniemy się przy piecu i nikt z nas nie myśli, aby zmienić miejsce, choćby o centymetr. Wyciągam kiełbasę kupioną w sklepie i zaczynam ja podpiekać nad ogniem, Sasza szykuje herbatę. Boże jakie luksusy! Dodatkowo znajdujemy materac, na którym spędzimy noc. Rano o 5 mamy autobus do Chakasji.
Kryzys
Godz. 6.00. Od godziny czekamy na autobus, którego nie ma. Jest zimnp i mroczno. Cała okolica wygląda trochę jak koniec świata. Decydujemy, że poczekamy jeszcze 30 min, a potem wracamy do chałupy.
Autobus nie przyjeżdża. Wracamy do chaty i próbujemy powtórnie rozpalić ogień z resztek drzewa, które nam zostało z wczoraj. Obydwaj siedzimy przy piecu i kulimy się z zimna. Próbujemy się rozgrzać. Sasza jest w jakimś mrocznym nastroju, a ja jestem wkurwiony. Na niego, na autobus, na wszystko. Mam jakąś absurdalną teorię, że Sasza powinien coś wymyślić, w końcu jest mózgiem tej wyprawy. Tymczasem mój towarzysz siedzi skulony z twarzą ukrytą w dłoniach, czuję, że jest przygnębiony. Moja frustracja przybiera na sile i w jednej chwili wybucham złością. Drę się na niego i wyrzucam z siebie jakieś nagromadzone żale, pretensje itd. Nie poznaję siebie i swojego zachowania. Może to wina zmęczenia i zimna. Nieważne, stało się.
Gdy mija mój gniew, wiem, że trzeba podjąć jakąś decyzję, nie możemy tak trwać w tej chałupie. Albo pójdziemy dalej, albo….No właśnie. Nie dopuszczam tej myśli do głowy, ale nie mamy innego wyjścia. Do granicy Chakasji mamy już tylko kilkanaście kilometrów, ale przebycie tego dystansu, jest ponad moje siły. Te kilkanaście kilometrów to sam step. Ewentualny nocleg w stepie odpada ze względu na kleszcze i pożary. Jesteśmy w okresie, kiedy pożar stepu jest czymś normalnym. Podejmuję decyzję, że wracamy do Krasnojarska ( czyli jakieś 500 km stąd).
Vadim
Jesteśmy z powrotem na drodze. Macham ręką na przejeżdżające samochody. Nie mam już w sobie wiary, że ktokolwiek się zatrzyma. Sasza jest kilkadziesiąt metrów przede mną. Być może on dawno pozbył się złudzeń, że ktoś nas podwiezie. Po 30 min i ja odpuszczam. Odwracam się tyłem do drogi i kontynuuje marsz. Po jakimś czasie słyszę nadjeżdżający samochód, ale już się nie odwracam. Straciłem wszelką nadzieję. Tymczasem samochód mnie mija, zwalnia i…staje. Podchodzę do samochodu. W toyocie siedzi mężczyzna w średnim wieku. Próbuje mu wytłumaczyć w „moim” rosyjskim, że potrzebujemy podwózki do głównej drogi, aby tam złapać kogoś, kto będzie jechał do Krasnojarska. W tym momencie dobiega Sasza i ratuje całą sytuację. Oczami wyobraźni już widzę nas siedzących w samochodzie. Po krótkiej wymianie zdań kierowca mówi nam, że nie musimy jechać samochodem, bo droga, do której chcemy dojść, jest bardzo blisko. Wystarczy pójść w kierunku tamtych gór, przejść przez nie a po kilku kilometrach, trafimy na step a jak się skończy to będziemy już na miejscu.
Nie dowierzam własnym uszom. To po cholerę się zatrzymywał? Żeby wytłumaczyć nam drogę?? Patrzymy na siebie skonsternowani. I gdy tak stoimy jak stepowe głupki, nagle słyszymy głos:
– Давайте, ребята, залезайте. Я пошутил!. :) (Wsiadajcie chłopaki, żartowałem)
Wsiadamy do samochodu. Ja zajmuje miejsce obok kierowcy. Po chwili zdobywam się na odwagę i pytam naszego wybawiciela, dlaczego się zatrzymał skoro nikt z nas nie machał ręką?
-Я не знаю почему. Что-то подсказало мне остановиться. Может, это был знак от Бога? (Nie wiem dlaczego. Coś kazało mi się zatrzymać. Może to był znak od Boga?) – słyszę odpowiedź. Jestem jednak, tak zmęczony, że nawet nie analizuje tego co właśnie usłyszałem.
Tak oto poznaję Vadima, który jedzie właśnie z Chakasji, prosto do Krasnojarska :)
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że właśnie skończyła się nasza wędrówka a zaczęła się moja przygoda.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)







