Męska wrażliwość, czyli dam sobie radę.

Słyszałam, że  po tym chłopaku nic nie było widać.
Zresztą  to nic dziwnego, bo my kobiety to się pożalimy, popłaczemy, ale z tymi facetami to już zupełnie inaczej.
Wie pan, może jakby nie wziął tego kredytu na knajpę, to by to jakoś przetrwał. A tak nim biznes mu się rozkręcił, musiał go zamykać.  A potem przyszła jeszcze ta pandemia  – dodaje po chwili.

Znajoma mówiła, że podobno  nikomu nic nie mówił, ale chyba już wtedy rozgrywał się w nim dramat. Wszyscy dookoła myśleli, że ma to pod kontrolą.  Az w końcu wydarzyło się to nieszczęście. Zostawił żonę kilkuletnie dziecko. Wszyscy byli w szoku. Do końca, nikomu nic nie powiedział – wzdycha moja rozmówczyni.

Innym razem wiozę starszą panią, żyjącą samotnie bez męża, który odszedł 2 lata wcześniej. Wielki biznes. Budowa  największych galerii w Warszawie. Same lukratywne kontrakty. Dom pod Warszawą i 100-metrowe mieszkanie w centrum stolicy.  Życie w luksusie. Ale wystarczyła jedna nieopłacona faktura za usługę i wszystko pękło jak bańka mydlana.
64 sprawy sądowe, depresja, cukrzyca, pobyt w szpitalu i finał łatwy do przewidzenia. Kobieta zostaje sama z poczuciem winy:
– Proszę Pana, gdybym tylko wiedziała, o jego depresji i o bólu, który przeżywał w związku z bankructwem. Gdybym tylko….

.
Kiedy przysłuchuję się tym historiom, przypominam sobie jak to było u mnie. Chyba tylko raz w swoim życiu, odpowiadając mamie na pytanie „A co u Ciebie?”, powiedziałem, że jest mi smutno, bo rozpada się moja relacja. Pamiętam, jakie to wywołało u niej zmieszanie. Nie wiedziała, jak zareagować, bo zwykle odpowiadałem: ” A wszystko w porządku, świetnie sobie radzę” Do swojej ówczesnej depresji nigdy się jej nie przyznałem.

Dzisiaj już dopuszczam do siebie fakt, że mogę być niedoskonały, nie radzić sobie, „nie umieć” I wiesz co? To wcale nie sprawia, że czuję się gorzej. Nie „rozpadłem się” Nie „ubyło mnie” Odnoszę nawet wrażenie, że pojawia się we mnie dawno nie widziana ulga.

Z wiekiem dostrzegam, że  branie wszystkiego na swoje barki czy jak to się teraz mówi „na klatę, zapominając o sobie samym, jest po prostu głupie. Tak samo, jak udowadnianie przez całe swoje życie, partnerom, rodzicom, bliskim, znajomym,  tego, jaki to jestem zaradny i jak  to ze wszystkim daję sobie radę, chociaż w głębi duszy czuję, że krwawię i jestem u kresu sił.

Teraz częściej niż kiedykolwiek wcześniej , mówię „nie wiem”, „nie dam rady”,, „tak, masz rację!”
I w jednej chwili pozbywam się tego teflonowego kostiumu superbohatera, który owszem ładnie wygląda, ale z czasem  może mnie zacząć dusić i krępować ruchy.  Zrzucam go więc  z siebie bez żalu i znów zaczynam głębiej  oddychać. Świata już nie uratuję, chcę ratować siebie.

Czy czuję się przez to mniej „męski”i?  Nie wiem. Zresztą, jakie to ma znaczenie. Przecież to tylko mało istotny przymiotnik, któremu nadaliśmy zbyt wielkie znaczenie, zapominając o sobie samym.

 

 

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.