PAN RYSZARD
Mojego pasażera odbieram z przychodni.
Starszy pan czeka na mnie przed budynkiem, wraz z towarzyszącą mu kobietą. która od kilku lat (jak się potem dowiem) opiekuje się nim i jego żoną.
Pan Ryszard wraca do domu.po badaniach. Wyniki okazały się dobre, tak samo zresztą, jak poprzednie, robione pół roku wcześniej. Starszy pan zabawia nas opowiadaniem anegdot ze swojej młodości i zaraża nas swoim dobrym humorem. W trakcie jazdy dzwoni uradowany do zony, że już wraca na obiad. Ujmuje mnie sposób, w jaki się do niej zwraca. Mówi zdrobniale, tak, jak zwracają się do siebie młodzi małżonkowie, podczas miesiąca miodowego.
Jest w tym czułość i autentyczność uczucia. Gdy już kończy rozmowę przez telefon, nastrój się zmienia i staje się trochę poważniejszy.
– Wie Pan, ja nie wiem, ile jeszcze pożyję, dlatego myślę, że czas już uporządkować swoje sprawy. Dzisiaj ma przyjść ksiądz, żeby mnie wyspowiadać.
Chcę zaprotestować, bo widzę ile energii i siły jest w głosie mojego pasażera. – Ten ksiądz po prostu zwyczajnie tu nie pasuje – dochodzę do wniosku.
Zauważam jednak, że to stwierdzenie nie wywołuje w nim, jakiegoś przygnębiającego uczucia, jest raczej czymś oczywistym. Tak jakby to był jeden z punktów, który pojawia się w życiu, i należy go po prostu wykonać.
Dojeżdżamy na miejsce. Życzymy sobie nawzajem zdrowia, a ja zapewniam mojego pasażera, że na pewno długo jeszcze pożyje, bo ma w sobie mnóstwo ENERGII. Pan Ryszard ściska mi dłoń, dziękując za słowa otuchy i się rozstajemy.
Jeszcze nie wiem, że za kilkanaście godzin, znów się spotkamy, a los, zwiąże nas na prawie 2 tygodnie, stawiając mnie samego, przed trudną decyzją.
Jednak cała ta historia ma swój początek w zupełnie innym miejscu i czasie.
TAJEMNICZY PASAZER
Dwa lata wcześniej, jadę do jednego z warszawskich szpitali.
Wiozę starszego mężczyznę w okularach, który przez większą część podróży, pochłonięty jest czytaniem gazety. Gdy w końcu docieramy na teren szpitala, odkłada gazetę i zaczyna się rozglądać.
– Nie poznaje tego miejsca, widzę, że sporo się pozmieniało – zauważa
= A to już Pan tu był? – dopytuję.
– Tak…. ale wie Pan to stare dzieje.
Błądzimy samochodem po alejkach, jednak ani ja, ani mój pasażer, nie potrafimy odnaleźć celu podróży.
– O tam – starszy pan wskazuję palcem jeden z budynków.
– Widzi Pan ten budynek? Proszę tam podjechać, tam wysiądę.
Podjeżdżam pod wskazane miejsce. Mój pasażer wysiada, a ja odjeżdżam. Ale niedaleko, .….. bo okazuje się, że na tylnym siedzeniu, zostały jego okulary.
Dzwonię więc pod numer telefonu, z którego zamawiana była taksówka. Ale zamiast męskiego głosu, słyszę głos kobiety: -Proszę Pana, Pan wyrzuci te okulary, osoba, którą Pan wiózł, nie będzie ich już potrzebować, ale dziękuje Panu za miły gest ….. ludzie teraz myślą tylko o sobie – słyszę w słuchawce.
– Nie ma za co – odpowiadam.
Chwile potem dostaję sms.
– A czy chce Pan wiedzieć kogo, Pan przed chwilą podwoził do szpitala? – odczytuję treść wiadomości.
– Tak – odpisuje, szczerze zaciekawiony.
Przychodzi odpowiedź.
– Wiózł Pan bardzo znaną osobą w świecie medycyny. Mój przyjaciel, był nawet nominowany do nagrody Nobla. Gdyby Pan lub Pana bliscy potrzebowali kiedyś, nie daj Boże pomocy onkologicznej u profesora, proszę się ze mną skontaktować, zapiszę sobie Pana numer w kontaktach i….. jeszcze raz dziękuje za telefon.
I ja dziękuję – odpowiadam, zapisując sobie kontakt pod hasłem „Rak, dzwonić w razie potrzeby„
DYLEMAT
Dzień po odwiezieniu pana Ryszarda odzywa się telefon.
-Panie Sławku może, Pan do mnie podjechać? Muszę być w przychodni, bo dzwonili i prosili, żebym się u nich pojawił – tłumaczy pan Ryszard
-Jasne, kiedy? – dopytuję.
-Jak najszybciej.
Chwilę później jedziemy w trójkę z powrotem do przychodni, ale wracamy już tylko we dwoje. Pan Ryszard zostaje w szpitalu. Przez następne 2 tygodnie kurs z Mokotowa na Wawer i z powrotem, staje się moją regularną trasą. Na początku jeżdżę tylko z panią Natalią, która opiekuje się starszym Państwem, ale potem dołącza również jego żona.
Z panem Ryszardem mam już tylko kontakt telefoniczny. To on dzwoni do mnie i umawia godzimy, w których chce, abym przywiózł, lub odwiózł jego żonę i Panią Natalie. Słyszę coraz wyraźniej, jak jego głos z każdym dniem słabnie.
Chcąc nie chcąc staję się mimowolnym świadkiem dramatu człowieka, który gaśnie z dnia na dzień.
Nie po raz pierwszy pojawiają się we mnie pytania: Czy mogę coś w tej sytuacji zrobić? Czy jestem w stanie, w jakikolwiek sposób pomóc?
Ilekroć wiozłem, kogoś na oddział onkologii lub zabierałem ze szpitala, przypominałem sobie o historii sprzed dwóch lat i o telefonie z kontaktem do profesora. Nigdy jednak nie zdecydowałem się na to, aby podzielić się z kimś tą informacją. Więc, dlaczego właśnie teraz, miałabym to zrobić? Przypominam sobie słowa, widniejące w smsie, który wtedy dostałem „gdyby Pan lub ktoś z Pana bliskich….„
Po raz pierwszy w życiu widzę swoje odbicie w chłodnej kalkulacji: Przecież ja mam rodzinę, a Pan Ryszard (mimo mojej całej sympatii) nie jest moim bliskim…. A co będzie, gdy rak pojawi się u kogoś z mojej rodziny i sam będę potrzebował pomocy? No właśnie….. Co wtedy? Wszystko to urasta do jakiejś absurdalnej symboliki, trochę tak, jakbym trzymał w ręku kartę z gry monopol z podpisem „wychodzisz z raka„ którą mogę obdarzyć tylko jedną osobę…….. i tylko raz. A przecież to tylko numer telefonu….. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie potrafię podjąć żadnej sensownej decyzji.
Mijają kolejne dni. W tym samym czasie stan Pana Ryszarda pogarsza się coraz bardziej. Nie pomagają słono opłacone prywatne konsultacje, u ordynatora szpitala. Widzę jak, starsza pani powoli traci nadzieję na uratowanie męża. To wszystko dzieje się tak szybko, że zdaję sobie sprawę, że już nie ma na co czekać. Że czas najwyższy podjąć decyzję.
W czasie kolejnego wspólnego przejazdu, wspominam żonie Pana Ryszarda o telefonie do profesora. Starsza pani jest wzruszona i dziękuję mi za pomoc, a ja całym sobą, staram się nie robić jej nadziei, bo sam jeszcze nie wiem, jak to wszystko sie skończy. Przecież ja mam tylko jakiś numer telefonu…..nic więcej.
TELEFON
Postanawiam przedzwonić jeszcze tego samego dnia. Jestem spięty, i stremowany niczym przed jakimś ważnym egzaminem. Chyba tak bardzo, chcę, żeby się udało. . Nie znam osoby, do której będę dzwonił, nie widziałem jej nigdy na oczy. Nawet nie wiem, czy w ogóle mnie pamięta.
Po pierwszym sygnale….. cisza, po drugim też. Jeszcze chwilę poczekam – decyduję w myślach. W końcu słyszę ten sam…… kobiecy głos. Przedstawiam się i przypominam sytuację sprzed lat.
-Aaaaaaaaa to Pan. Tak, tak pamiętam oczywiście. Jasne, chętnie pomogę – slyszę w słuchawce i w tej samej chwili czuje jak ogromny kamień, spada mi właśnie z serca. Jezuuuu, jaka ulga! A potem idzie już jak z płatka. Ośmielany serdecznym przyjęciem, już nie głowię się nad tym, jak to przekazać, mówię prosto i szczerze. Że to mój pasażer, że to nie moja rodzina i że trochę mi niezręcznie prosić o pomoc. Moja rozmówczyni ogromnie ułatwia mi całą rozmowę, swoją otwartością i chęcią pomocy. Mówi, że wszystko przekażę profesorowi i się, ze mną skontaktuje.
Następnego dnia lecę do pracy , jak na skrzydłach. Tyle dobrych informacji mam w sobie. A więc jest szansa!!!! To się może udać!
Opowiadam wszystko żonie pana Ryszarda. Starsza Pani ma łzy w oczach. Dziękuję mi po raz kolejny, a ja ciągle się pilnuję, żeby przekazać jej tylko te słowa, które usłyszałem. Tak jakbym czuł, że robienie nadziei, byłoby manipulacją z mojej strony.
Mijają kolejne dni. I jeszcze kolejne.
Wciąż czekam na wiadomość. Starsza Pani już nie dopytuje, czy coś wiem, ale ja sam czuje w sobie coraz większe ciśnienie.
Postanawiam się przypomnieć. Tak….. dyskretnie. Wysyłam smsa z pytaniem, czy może już coś wiadomo, co dalej. Dostaje bardzo szybko odpowiedź z przeprosinami za zwłokę i prośbę o podesłanie dokumentacji medycznej na maila. A więc jednak! Coś się jednak dzieje – oddycham z ulgą. Przekazuje prośbę żonie Pana Ryszarda i jeszcze tego samego dnia, zdjęcia dokumentów trafiają do mnie. Wysyłam je niezwłocznie na maila.
Czekamy…
Przy kolejnej podróży do szpitala, usłyszę od starszej pani:
– Panie Sławku, dziękuje za chęć pomocy, ale to już chyba za późno, poza tym mąż już się pogodził ze swoim losem.i ja chyba tez … Tłumaczę jej, że jeszcze nie wszystko stracone, że trzeba wierzyć, że właśnie wysłaliśmy dokumentację, że Pan profesor, że jego klinika, że zaraz na pewno oddzwoni…. Ale gdzieś pod skórą czuje, że oni naprawdę pogodzili się z tą myślą.
Mijają następne dwa dni, a potem dowiaduje się, że pan Ryszard…..umarł.
EMOCJE
Przez kilka kolejnych dni czuję w sobie jakiś rodzaj bezsilności, ale też złość.
Na to, że się poddali, na kontakt do tajemniczej osoby, po którym obiecywałem sobie tak wiele, na profesora i w końcu na siebie.
Chcę jakoś zareagować, wysłać wiadomość do osoby, która obiecała pomoc. Napisać, że to nie w porządku, że tak długo się nie odzywała a później całkowicie zamilkła. Że gdyby zareagowała wcześniej, właściwie gdyby w ogóle zareagowała…..może udałoby się zmienić bieg wydarzeń. Widzę, że chcę obarczać ja winą za to, co się stało. . A może właśnie to ja…..powinienem bardziej „naciskać „, dzwonić, dopytywać się….. Tylko że ja…… tak nie potrafię. Nie urodziłem się z tupetem czy umiejętnością wywieranie wpływu na ludzi pod kątem własnego interesu. Zawsze zakładałem dobrą wolę po drugiej stronie. Tak jak i teraz.
Widzę wyraźnie swoją złość. Nie lubię jej, bo czasem jest zwyczajnie niesprawiedliwa i za szybko wydaje wyroki.
Jest we mnie również jakieś rozczarowanie tą całą sytuacją. Telefon do profesora, który miał być antidotum na ewentualne nieszczęście, które mogłoby dotknąć moją rodzinę lub moich bliskich, okazał się wydmuszką Coś, na czym opierałem tak długo całą swoją nadzieję, stało się właśnie bezwartościowe. . Na ile, ten kontakt faktycznie byłby rzeczywistą pomocą, a na ile, wykreowanym przeze mnie wyobrażeniem, już nigdy się nie dowiem. Ale może to dobrze, że pozbyłem się tego złudzenia właśnie teraz? Chociaż już sam nie wiem, co jest lepsze.
Kiedy mija już moja złość i żal, postanawiam mimo to, podziękować osobie, która podzieliła się, że mną kontaktem.
I gdy już wydaje mi się, że jestem ponad tym wszystkim, ponad tymi wszystkimi emocjami, widzę, że jednak tkwi we mnie jakaś zadra. I koniecznie chcę przemycić w wiadomości jakąś złośliwość i żal.
Dopiero po kilkunastu próbach, udaje mi się napisać i wysłać wiadomość:
Dzień dobry
Dziękuję za bezinteresowną. chęć pomocy, niestety jest już za późno. Pan Ryszard umarł w niedzielę.
Pozdrawiam.
Potem kasuje numer telefonu. Tak jakbym chciał zamknąć ten rozdział, bojąc się, że w przyszłości znów powróci i stanie się płonną nadzieją. Nie tylko dla innych, ale również dla mnie. A może w szczególności dla mnie….?
I tylko jeszcze czasem powraca do mnie, wątpliwość: :czy w tej sytuacji mogłem, jednak zrobić coś więcej?
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)
Posłuchaj w podcaście:

