Niedźwiedź

– Panie Sławku nic nie boli? Jeszcze chwilę, dobrze?  (dobrze –  myślę, bo trudno odpowiedzieć siedząc wciśniętym w fotel, z rurką w buzi).
– Już kończymy – pociesza mnie dentysta.

Gdy schodziłem z fotela, nie pytałem już o sam zabieg, tylko o nazwę radia, które grało w tle w gabinecie dentystycznym. Coś mnie zaciekawiło, w tym co usłyszałem. Obiecałem, sobie, że jak tylko wrócę do domu, sprawdzę w internecie co to była za audycja. Ta myśl, w ciągu dnia pojawiała się jeszcze kilkukrotnie, a potem zwyczajnie o tym zapomniałem.

Temat powrócił po kilku dniach. Coś mnie ciągnęło, aby sprawdzić i przesłuchać tę audycję do końca. A kiedy w końcu ją odnalazłem, jedna z usłyszanych historii, po prostu wbiła mnie w fotel. Sprawdziłem w necie i na rosyjskich portalach i okazało się, że zasłyszana historia jest prawdziwa. Sam nie wiem, dlaczego akurat ta opowieść, tak we mnie utkwiła, ale właśnie nią, chce się z Wami podzielić.

Jest lipiec 2014 roku. Na  Syberii jest to czas pożarów w tajdze. Z domu wychodzi 4-letnia dziewczynka, towarzyszy jej pies. Mała Karinka, bo tak ma na imię, idzie w kierunku tajgi. Ma zamiar spotkać się z tatą,  który jest strażakiem i gasi pożary. Ma na sobie letnią sukienkę, rajstopy i buty. Te ostatnie zresztą, zgubi już na początku swojej drogi. Jest letnia pora, ale w tych okolicach temperatury w nocy wskazują od 0 do 8 stopni. Tajga jest pełna niebezpieczeństw, dzikich zwierząt, komarów, bagien itd. To obszar, na który nie zapuszczają się nawet wytrawni myśliwi. Dziecko wchodzi do tajgi bez jedzenia i  bez ciepłego ubrania. Poszukiwania zaczną się dopiero po 4 dniach, kiedy matka dziewczynki uświadamia sobie (po kontakcie z mężem), że jej córka nie poszła z ojcem do pracy, jak zakładała wcześniej, tylko zaginęła w tajdze.  Ponad setka ludzi szuka dziewczynki. Do ich dyspozycji są helikoptery i psy i wszystko to, co może pomóc w odnalezieniu dziecka. Jednak z każdym dniem, maleje szansa na odnalezienie dziewczynki żywej.

Prawdopodobieństwo przetrwania w takich warunkach jest znikome. A właściwe  żadne. Doświadczenie i racjonalna kalkulacja wskazuje, że dorosły człowiek nie miałby żadnych szans przeżycia w tym terenie  a co dopiero małe dziecko. Bezsilność i zwątpienie potęguje się po 9 dniach, gdy pies Karinki wraca do domu. Jest wychudzony i nie ma siły. Wszyscy tracą resztki nadziei na odnalezienie dziewczynki żywej. Poszukiwania jednak trwają. Pies uparcie ciągnie do tajgi i ostatecznie doprowadza ratowników do Karinki. Czterolatka jest cała i przytomna. Siedzi w wysokiej trawie.  Mimo braku butów i chłodu nie ma nawet kataru.  Okazało się, że przez cały czas żywiła się jagodami i piła wodę ze strumienia. A w nocy, pies ogrzewał ją własnym ciałem. W tajdze spędza aż 12 dni.
Sama.

Wszystko to zakrwawa na cud i właściwie tu mogłaby się zakończyć cała ta opowieść, ale okazuje się, że ta historia jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna.
Podróżnik, Jacek Hugo Bader, (to jego wywiad usłyszałem w radio), który był w tamtych stronach i rozmawiał z mieszkańcami, dowiedział się, że dziewczynka wcale nie wyszła za tatą, bo go nie znała (jest dzieckiem kogoś ze wsi)  A same poszukiwania nie zaczęły się czwartego, ale piątego dnia. Jej mama i pozostali domownicy (dziadkowie) byli pijani i dopiero po ocknięciu, zorientowali się, że dziecko zaginęło. Pies Kariny to nie jakiś wilczur, ale 4-miesięczny kundelek.

I teraz wyobraźcie sobie całą tę sytuację raz jeszcze.
Tajgą, idzie mała 4-letnia dziewczynka. Bez butów, w jakiejś letniej sukience. Jej ścieżkę przecina całe stado leśnej zwierzyny (również wilki), które uciekają przed płonącą tajgą. Zwierzę, które ucieka przed ogniem, jest przerażone, ale też ogromnie niebezpieczne.

A teraz najciekawsze.

Tropiciele, którzy szli po tropach dziewczynki, odkrywają zadziwiającą rzecz. Oprócz licznych  śladów zwierząt, przecinających ścieżkę, odnajdują ogromne, wyraźne ślady, kogoś, kto idzie tuż za nią.
Okazuje się, że 4-letnia Karina miała jeszcze jednego towarzysza, o którym być może sama nie wiedziała. Ślady, odnalezione na ścieżce należały do ogromnego niedźwiedzia. Samca.
Wg. wersji podróżnika  zwierzę było tak potężnej postury, że jego masa była nawet porównywana do czołgu.  Nie do końca wiadomo, po co niedźwiedź idzie za Kariną, ale wiadomo, że naśladuje jej czynności. Zatrzymuje się, gdy ona się zatrzymuje, Posila się, gdy dziewczynka poluje na pasikoniki (nauczy się tego od swojego psa) i ściele sobie legowisko, kiedy Karina układa się  do snu w trawie. Idzie za nią, krok w krok. Towarzyszy jej w wędrówce, ale Idzie z tyłu, kilkanaście kroków za nią.

Zachowuje się tak, jakby ją chronił. Jest namacalnym dowodem czegoś nierzeczywistego. Czegoś, co nie miało prawa się wydarzyć, ale się wydarzyło. Ta historia wg miejscowych ludzi, ma również wątek szamański.

Ale zanim o nim wspomnę, warto zaznaczyć, że na Syberii, szaman nie jest wybierany przez lokalną społeczność. Tylko przez żyjącego szamana lub jego ducha. W tej historii pojawiło się przypuszczenie, że dziewczynka została wybrana przez ducha szamanki, której grób znajduje się niedaleko wioski, z której wyruszyła mała Karina. Wg śladów, które zostawiała, można było stwierdzić, że w czasie swojej 12-dniowej wędrówki, dziewczynka zatrzymała się na dłużej tylko w jednym miejscu. To miejsce było miejscem pochówku starej szamanki.

Szamani w Jakucji są grzebani w specyficzny sposób. Umieszcza się ich w czymś podobnym do sarkofagu i stawia na wysokich palach. To właśnie pod taką konstrukcją Karina spędziła około 2 dni. Co tam się wydarzyło, nikt do tej pory nie odpowiedział na to pytanie. Ale wszystko wyglądało tak, jakby dotarcie do tego miejsca było celem jej podróży.

Kiedy po raz pierwszy słyszę o małej 4-letniej dziewczynce zagubionej w ogromnej tajdze, nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Po prostu tak zwyczajnie i racjonalnie Nie ogarniam.
Byłem w swoim życiu tylko raz na skraju tajgi, z namiotem, z zapałkami i z jedzeniem. Do dzisiaj pamiętam swoją nieporadność, kiedy próbowałem rozpalić ognisko. A także świadomość tego, jak moje miejskie umiejętności na niewiele się przydają na tamtych bezkresnych terenach. Poczułem się wtedy, jak ktoś kompletnie niepasujący do zastanej rzeczywistości i miejsca, w którym byłem.
Ogrom natury był dla mnie przytłaczający, ale nie był złowrogi. Natura była neutralna wobec mnie. Zimno było zimnem, a ciemność ciemnością. Zrozumiałem, że po prostu taka jest. To nic osobistego. Pozostało tylko się do niej dopasować albo zmykać.
To pierwsza refleksja.

Refleksja druga jest zgoła inna. Doświadczyłem na Syberii wielu przyjaznych zbiegów okoliczności. Orły lecące przed samochodem, nagłą poprawę pogody, dziwne sny,i jeszcze dziwniejsze zdjęcia. To już nie było neutralne. Odczułem to jako ingerencję. I chociaż na początku uważałem to za zbiegi okoliczności, potem już nie byłem taki pewny, czym to właściwie jest. :)

Historia małej Kariny coś we mnie porusza. Może fakt, że jest tak niewiarygodna i brzmi niczym bajka, w których zwykle wszystko kończy się szczęśliwie.
I gdy tak się temu przyglądam, zauważam, że pojawiają we mnie wspomnienia z dzieciństwa, pełne dziecięcej wiary w to, że świat jest prosty, nieskomplikowany i wszystko jest możliwe. A ja sam miałem w sobie ufność, że nie przydarzy mi się nic złego, bo zawsze mogłem liczyć na wsparcie i opiekę ze strony rodziców. Można powiedzieć, że magia była wtedy na porządku dziennym. I nie było w tym, nic dziwnego. Dopiero, potem gdy dojrzewałem, zobaczyłem, że dorosłość, do której tak się spieszymy, będąc jeszcze dziećmi,  odbiera  nam tę ufność i wiarę, że wszystko jest możliwe.  Świat dorosłych pozbawia nas tej magii, podając w zamian  gotowe i racjonalne wytłumaczenie na wszystko. Od tej pory będziemy  już coraz częściej opierali się na zaufaniu tylko do samego siebie, wierząc, że.ze wszystkim musimy radzić  sobie sami, a świat nam w niczym nie pomoże. W dorosłym świecie mówi się, że  nie ma cudów!

Ale gdyby na chwile zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że mamy takiego opiekuna, który kroczy z nami przez  całe życie, zapewniając nam bezpieczeństwo i wsparcie.
Czyż nie byłoby to uwalniające uczucie?
Może  wszystko, czego czasem potrzebujemy lub za czym tęsknimy, to ta odrobina magii, w tym naszym racjonalnym i dorosłym życiu.

 

Fot. Odnalezienie Karinki

Przebyta trasa.

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.