Obecność

Do tej pory z wyjątkiem okresu dziecięcego, wszystko to, co miało jakikolwiek związek z moim zdrowiem, nie sprawiało mi większych problemów.
Cały mój ostatni okres życia (dobrych kilkanaście lat) to brak jakiegolwiek kontaktu z lekarzami i lekarstwami. Nie było takiej potrzeby, ponieważ sam świetnie sobie radziłem.
A w rozmowach z ludźmi wielokrotnie powtarzałem:
– Ja proszę pani od trzydziestego roku życia, nie chodzę do lekarzy. Nawet nie pamiętam, jak wygląda lekarz. Nie biorę lekarstw, a w domu nie mam nawet tabletki od bólu głowy – powtarzałem to jak mantrę, przy każdej okazji z kimkolwiek rozmawiałem o zdrowiu. Zawsze robiło to wrażenie na moich rozmówcach. Na mnie zresztą też. Ale to była prawda.

Pamiętam, jak będąc jeszcze dzieckiem, dziwiłem się kiedy ludzie, składając sobie życzenia, mówili o zdrowiu. Co oni tak ciągle z tym zdrowiem? – myślałem. Przecież ono po prostu jest.
A później, kiedy już byłem starszy, stwierdziłem, że poprzez swój tryb życia niejako wypracowałem sobie to, że nie spotykają mnie choroby i nie mam kłopotów ze zdrowiem. W moich założeniach, popartych zresztą późniejszą praktyką, zdrowie było, a nawet miało trwać niezmiennie aż do końca.
Moja strategia była/jest banalnie prosta.
Jem to co lubię, ale gotuję w 5 przemianach. To filozofia oparta na chińskiej kuchni. Wysypiam się w swoich godzinach, Gdzie swoje oznacza, to, że staram się być w łóżku ok 23.00. Najważniejsze jednak, a zarazem najtrudniejsze to: unikanie stresu.

To wszystko pozwalało/pozwala mi przetrwać życie bez większych zdrowotnych dram. Jako że jestem również bioenergoterapeutą, korzystałem i korzystam z dobrodziejstw, które niesie ze sobą ta metoda. To zresztą obszerny temat na zupełnie osobne nagranie. Wszystko zatem szło dobrze, aż nastąpił przełom. Tak jakby życie powiedziało: A teraz sprawdzam!

ZMIANA

Wszystko zaczęło się od silnego bólu głowy. Zwykle gdy się pojawiał, wystarczyło przyłożyć dłonie do głowy. . Tym razem przykładając dłonie, usnąłem tak szybko, jakby ktoś mnie odłączył od prądu. Być może to był ten moment, kiedy nieświadomie uratowałem siebie od trwałego kalectwa.
Obudziłem się pół godziny później, ciągle nie zdając sobie sprawy, z tego co się właściwie stało. Ból miną,ł a ja sam leżałem na prawym boku w pozycji embrionalnej, czyli z głową skierowana w kierunku piersi i z nogami podciągniętymi do brzucha. Ciekawe….- pomyślałem. .
Pierwsza refleksja pojawiła się wtedy, kiedy wychodząc z pokoju, uderzyłem prawą stroną ciała w futrynę drzwi, druga, kiedy jadąc samochodem, zauważyłem brak koordynacji mojego ciała przy zmianie biegów. Prawa strona, nie komunikowała się precyzyjnie z lewą stroną. Jakby tego było mało, pojawiły się również problemy z wymową. Mimo to zakładałem, że zaraz wszystko wróci do normy. Że to tylko na chwilę. Ze to minie. Czułem się dziwnie, bo coś się zmieniło, a ja nie wiedziałem dlaczego.

Następnego dnia pojechałem jak gdyby nigdy nic do pracy.
Koordynacja była ciut lepsza, ale wciąż miałem ogromne problemy, żeby swobodnie prozmawiać. Całe szczęście moi pierwsi pasażerowie, byli pod wpływem alkoholu. Pewnie nawet nie zauważyli, tego, że lekko bełkoczę.Po pierwszym kursie wróciłem do domu, Poczułem, że to coś poważnego.
Następnego dnia razem z Martą pojechaliśmy do akupunkturzysty. Po zbadaniu ciśnienia okazało się, że jest za wysokie.

– Proszę jak najszybciej pojechać do szpitala na badania – brzmiala diagnoza. Spociłem się cały ze strachu. Nie pojechałem jednak do szpitala, wróciliśmy do domu.

STRACH

Ból powrócił nocą, ale był słabszy. Przyłożyłem więc ponownie dłonie do głowy i poczułem jak, powoli ogarnia mnie lęk. Wtedy pomyślałem o śmierci. Tak zupełnie realnie. Co robić?, Czy zaufać jeszcze raz sobie, że wszystko będzie dobrze, czy nie ma już na co czekać i czas do szpitala? – uporczywe myśli drążyły mi głowę. To pierwsza wydawała się najtrudniejsze, szczególnie teraz, kiedy przestaję wierzyć w to, że mam jakikolwiek wpływ na swoje zdrowie. Ta druga napawała mnie ogromnym lękiem.

Nie mogłem zasnąć.
Ciągle bolało. Potem, nagle pojawiła się myśl która, kazała mi zanurzyć się we wspomnieniach z dzieciństwa. Była nieustępliwa, tak jakby chciała koniecznie zwrócić na siebie moją uwagę.
Przestałem w końcu z nią walczyć. Odpuściłem. I już po chwili, zanurzyłem się w przeszłości i wtedy…. wtedy pojawiło się jedno z moich ulubionych wspomnień z młodości, a fala spokoju rozlała się po całym moim ciele. Boże, jakie to było błogie uczucie! Miałem wrażenie, jakbym był pod wpływem jakichś silnych tabletek przeciwbólowych. Ból momentalnie miną,ł a ja zapadłem w sen.

PUSTKA

Następnego dnia nie pojechałem do pracy.
Siedziałem na schodach i patrzyłem na ogród.

Koordynacja ruchowa prawej części ciała, nie była całkiem idealna. Zdarzało mi się nie trafić dłonią w klamkę drzwi. To tak jakby ktoś „wymazał” mi pamięć mojego ciała. Jednak to wszystko nie było tak dokuczliwe, jak kłopoty z wymową. Głos utracił dawną dźwięczności i siłę. A to uwierało najbardziej. Był przecież moim najważniejszym kanałem komunikacji ze światem.

Miałem dużo czasu, żeby przyjrzeć się sobie i swoim myślom. W głowie pojawiła się wręcz namacalną pustka. Owszem, mój mózg przetwarzał jakieś dane, ale ciągle nie było racjonalnego rozwiązania do zaistniałej sytuacji … Gdybym chociaż odnalazł w sobie jakieś okruchy sensu, tego, co się stało. Chyba po raz pierwszy w swoim życiu dopuściłem do siebie myśl, że mimo swoich poglądów, wypracowania odpowiedniego trybu życia, dbania o zdrowie, unikania stresu i tak ostatecznie jestem zdany na coś, co przychodzi z zewnątrz i przed czym nie jestem w stanie się ustrzec. Żaden z moich pomysłów na zdrowie, nie uchronił mnie przed tym co się stało. Żadne racjonalne wytłumaczenie, nie było też w stanie tego wypełnić. To wszystko wydało się takie nielogiczne. Poczułem, jak tracę kontrolę, nad własnym zdrowiem. Moja wiara we własną sprawczość uleciała w mgnieniu oka. A całość rozsypała się w jednej chwili w drobny mak.

Gdzieś pod skórą tliła się panika. Co dalej? Co robić?
Pamiętam swoją myśl, która się wtedy pojawiła i mnie zmroziła ….

Sam sobie nie poradzę …
Sam sobie nie poradzę …

DECYZJA

Nieustannie patrzyłem na ogród, jakbym w nim samym szukał ratunku. I o dziwo, ta prozaiczną czynność, zaczynała sprawiać mi niewymowną przyjemność. A przecież to był tylko kawałek trawnika, drzewo i tyle. Co w tym urzekającego, sam nie wiem…., ale wtedy to było bez znaczenia. Wszystko, czego potrzebowałem, to przestać myśleć, przestać wybiegać myślami do przodu…

A potem…potem nagle, wszystko przeleciało przeze mnie, jak w kalejdoskopie: poczucie obecności mojego taty, spokój i ta całkowita pewności, że wszystko będzie dobrze. Iskra radości mieszała się ze wzruszeniem, a na samym końcu pojawiło się silne pragnienie, aby gdzieś wyjechać. Chrzanić badania, lekarzy, zalecenia. Pieprzyć to. Chciałem gdzieś wyjechać! To było tak cudowne uczucie, w tym stanie braku aktywności i woli, czegoś nagle chcieć! Tylko ta jedna myśl była wtedy w mojej pustej głowie.
Chce wyjechać! – powtarzałem sobie to w duchu niczym mantrę ...
– No dobra, ale gdzie?
– Jedziemy na Grabarkę! -usłyszałem głos w swojej głowie.
No dobra, jedziemy -zgodziłem się sam z sobą. Chociaż sam nie wiedziałem, dlaczego właśnie tam.

MAM WSZYSTKO CZEGO POTRZEBUJĘ

Po kilku godzinach jazdy, dotarliśmy na miejsce. A gdy już byliśmy na górze, dobiegły do nas dźwięki z wnętrza cerkwi. Mieliśmy ogromne szczęście. Byłem w tym miejscu, już kilka razy i tylko raz udało mi się wejść do środka świątyni z przewodniczką. Teraz jesteśmy sami. Nie ma dookoła nas żadnych turystów. Cała okolica wydaje się pusta. Wchodzimy nieśmiało do środka… Wewnątrz ciemnej malutkiej cerkwi rozświetlanej jedynie blaskiem świec stoi pop i trzy siostry. A teraz również i my. Słyszymy śpiewy sióstr. Jedna z nich dostrzega nas i zachęca ruchem dłoni do wejścia głębiej. Przy wejściu leżą świeczki. Mam nieodpartą pokusę, aby zapalić jedną z nich. Wychodzę więc, ze świątyni do samochodu po pieniądze, a za chwile już wbiegam z powrotem po zboczu, ciesząc się jak mały chłopiec, że będę mógł zapalić świeczkę w cerkwi podczas nabożeństwa. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Czuję jakąś ekscytację i dziecięcą radość. A to przecież tylko świeczka.

Podchodzimy na sam środek świątyni. Mam wrażenie, jakbyśmy stali pośrodku jakiejś sceny. Zapalamy świeczki, umieszczając je w ogromnym świeczniku. Nic nie rozumem, że słów popa, ale to nieistotne. Cała ta intymność i kameralność nabożeństwa wystarcza mi w zupełności. Czuję się tak, jak na prywatnej mszy. Stoję w obcym dla siebie miejscu, z dale od domu, na uroczystości odprawianej w nieznanym mi obrządku, jednocześnie mając w sobie ogromny spokój i poczucie bezpieczeństwa. Mam wszystko, czego teraz najbardziej potrzebuję. Jeszcze tylko przez sekundę pojawia się wrażenie obecności, kogoś bardzo mi bliskiego i wszystko kończył się tak szybko, jak się zaczęło.

Wracamy do domu. Czuję, jak nabieram głęboko powietrza, a wraz z nim pojawia się spokój. Nie jestem sam – powtarzam sobie cichutko w duchu. Nie jestem sam…..
Wracam do Siebie.

Po powrocie z wyprawy za namową Marty pojechałem do lekarza. Po wstępnym badaniu lekarz stwierdził, że nie widzi u mnie żadnych trwałych zmian w ciele i byc może jeżeli były, to się cofnęły.

DLACZEGO TO MNIE SPOTKAŁO?

Teraz już wiem, że cała ta historia, była następstwem emocji a właściwie rozczarowania, czy też ogromnego smutku, który pojawił się, gdy uświadomiłem sobie, że mój kolejny projekt się nie uda. Zamiast odpuścić, poczułem w sobie wewnętrzny przymus, żeby stworzyć coś nowego i to najlepiej od razu. Siedziałem do późna w nocy, próbując na siłę coś wykreować. Nie dałem sobie prawa do odpuszczenia i odpoczynku czy też zintegrowania, ułożenia tego co się stało. Założyłem, że muszę koniecznie coś szybko zrobić. Ten wysiłek, emocjonalny i psychiczny, sprawił, że następnego dnia poczułem zmęczenie, którego następstwem był silny ból głowy.

Ale było coś jeszcze, w co głęboko wierzę, ewidentnie przyczyniło się do tego zdarzenia. Tamtego dnia, gdy leżałem na kanapie całkowicie załamany tym, że mój projekt okazał się rozczarowaniem, zwróciłem się w myślach, a nawet półgłosem do Boga/ wyższego ja/ mojego opiekuna/kosmosu, aby pomógł mi wykorzystać potencjał, z którym się urodziłem i wskazał drogę do odnalezienia mojego miejsca w życiu.
I tak tez się stało.
Następnego dnia straciłem głos. A właściwie jego siłę i płynność. Lepszego znaku nie mogłem sobie wymarzyć. Dopiero wtedy doceniłem to, czego wcześniej nie zauważyłem. Musiało minąć kilka miesięcy, żeby mój głos wrócił do formy … Tym razem obiecałem sobie, ze gdy powrócą siły, zacznę go wykorzystywać. Ten vlog i kanał na YT, który właśnie oglądasz lub słuchasz jest owocem tego zdarzenia

ZROZUMIENIE

Chyba najtrudniejszą i zarazem najbardziej zaskakującą rzeczą, której doświadczyłem, była świadomość tego, jak ogromny jest mój deficyt wiary. I to nie tylko w Boga czy w ogóle w świat duchowy tylko we mnie samego.
Zdałem sobie sprawę, jak trudno w takich chwilach odnaleźć w sobie zaufanie, że wszystko będzie dobrze. Jak trudno jest usłyszeć swój wewnętrzny głos, gdy cały świat z zewnątrz, zagłusza Cię swoją narracją, sugerując, że odpowiedzi na to „co robić”, nie znajdę w sobie, tylko na „zewnątrz”. Tak jakby wyłącznie to, co głośne, logiczne i powszechne było tutaj wiarygodne. To wszystko dodatkowo wzmacniało i karmiło moje wątpliwości.
A jeżeli popełniam błąd? Skąd mogę mieć pewność, że robię dobrze, wiedząc, że na szali jest moje zdrowie? – Na te pytania: nie pojawiła się żadna odpowiedź.

Zamiast tego, zobaczyłem pustkę w sobie, w której nie było nic, na czym mógłbym się oprzeć.. A gdy już oswoiłem się z nią, doświadczyłem również niezrozumiałej dla mnie ciszy. Byłem tak przyzwyczajony do szumu własnych myśli, że ta cisza wydawała się być z innego świata.
I była. Bo to właśnie w niej, poczułem obecność, czegoś nieuchwytnego, a zarazem prawdziwego i usłyszałem odpowiedź, na którą tak długo czekałem.
I wówczas, z absolutną pewnością poczułem, że nigdy nie byłem sam, nawet wtedy kiedy traciłem wiarę w samego siebie.

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.