A więc jedziemy!
Ten wyjazd ma być taką ucieczką z miasta, po to, aby, przyjrzeć się emocjom i temu, co ostatnio przypomina mi o swoim istnieniu. Wyjechać, pooddychać, pobyć. Wyjazd nad morze, wydawał się być idealnym pomysłem.
Droga mija w miarę szybko. Pojawia się zabłąkany pies przy drodze, wypadek na autostradzie i w końcu korek. Zwalniamy.
Ekran mojego telefonu zapala się na krótko. Zerkam na wiadomość: „Sebastian nie żyje”. Te trzy krótkie słowa wydają się takie nierzeczywiste. To niemożliwe. Przecież świeci słońce i jest taki piękny dzień. – myślę. Wiadomość o śmierci, kompletnie nie pasuje mi do tego, co mnie otacza. Jest jakaś surrealistyczna. Dlaczego umarł w takiej chwili? Nie, to chyba jakiś żart, przecież on miał trzydzieści parę lat i był bardzo pogodną osobą. To niemożliwe – powtarzam jak mantrę. Myśli szybko się oddalają, a ja jestem już z powrotem na drodze do Gdańska.
Dojeżdżamy na miejsce.
Musimy tylko przejść przez las, który wydaje się nie mieć końca. Jak długo jeszcze?
Czy już za tą górą zobaczę morze, a może za kolejną, a może teraz? Pojawia się dziecięca ekscytacja i wyczekiwanie widoku morza. Jeszcze jedno wzniesienie i jeszcze jedno. Najpierw czujemy zmianę powietrza, potem dochodzi szum i wreszcie karmimy oczy, widokiem ogromnej niebieskiej tafli wody. Aż po horyzont.
JEST!!!!
W jednej chwili zapominam o wszystkim. Także o tym, z czym przyjechałem. Moja potrzeba pobycia z moimi emocjami znika bez śladu. Zatapiam się w prozaicznych czynnościach. Zbieramy muszelki, drobiny bursztynu, zagrzebujemy stopy w piasku, bawimy się z falami. Świat dookoła nie istnieje. Mógłbym tu zostać. Wszystko, czego potrzebuję, jest na wyciągnięcie moich dłoni. Ile jeszcze takich drobin szczęścia, spotka mnie w życiu? Nie mam pojęcia. Już nie czekam. Chcę uzbierać ich tyle, ile zdołam.
I tyle ile jeszcze zdążę.
Na zdjęciu: odrobina bursztynu znaleziona na plaży.
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

