Pan Szeptuch

Od kilku dobrych minut czuję jakąś niepewność i poddenerwowanie. Nawigacja zachowuje się tak, jakby słyszała i chciała mnie “pocieszyć”, mówiąc: ” wiesz, nie musimy tam jechać” i wytycza mi zjazd z głównej drogi, proponując objazd.

Ostatecznie po kilkunastu minutach, dojeżdżamy do wyznaczonego punktu na mapie. Stajemy i się rozglądamy. Dookoła nas tylko las, żadnego zabudowania. Wieś została za plecami. A więc to był zły adres. Ta sytuacja powtórzy się jeszcze kilkukrotnie, zanim ostatecznie dotrzemy do właściwych drzwi…

Plan

Wyjazd na Podlasie miał pierwotnie odbyć się w lutym. Wszystko było zorganizowane i zaplanowane, jednak na kilka dni przed wyjazdem przyszła zima. Śnieg zasypał Podlasie, pojawiły się zaspy i kłopoty z prądem. Do tego covid, dał znać o sobie. Jedna z przewodniczek trafiła na kwarantannę, druga dostała zapalenia płuc. Zapadła decyzja o przesunięciu wyjazdu. Ostatecznie wyjeżdżamy 12 marca. Pomiędzy powrotem zimy a nadchodzącym lockdownem. Lepszego terminu już nie będzie.

Cerkiew po raz pierwszy

Pomysł na odwiedziny cerkwi chodził za mną od dłuższego czasu. Nigdy jednak nie udało mi się przekroczyć jej progu. Ten wyjazd sprawił, że nasyciłem się ich wnętrzem. Cerkiew zrobiła na mnie wrażenie swoim wystrojem, ikonami, złoceniami, a nawet ogromnym samowarem na święconą wodę. Jednak pusta, bez modlących się ludzi wewnątrz, była dla mnie tylko budynkiem. Chociaż zaiste pięknym, jak z bajki.

 

– W cerkwi nie ma żadnych instrumentów. Jedynym instrumentem jest ludzki głos – komunikuje nam młody ksiądz.
– Widziałeś na suficie? – słyszę szept Inki. – Ci święci, mają tak ułożone palce, jakby trzymali mudry! Zadzieram głowę. Faktycznie, tak to wygląda. Każdy z nich trzyma palce w inny sposób.

Znudzony wnętrzem cerkwi, swoją uwagę przenoszę na księdza (popa). Duchowny mieszka obok świątyni w swoim domku, wraz z żoną i córką. Gdy tylko pojawiliśmy się na parkingu, podszedł do nas i zapytał, czy chcemy obejrzeć cerkiew. A że chcieliśmy, wrócił do domu, przebrał się i otworzył nam świątynię. Bez słowa skargi, po raz n-ty (bo każdy chciał zobaczyć :) ) odchylał od ściany ikonę, aby pokazać nam, w jaki sposób datowano kiedyś obrazy. Jestem zaintrygowany jego serdecznością i prostotą.

Jednak to, co zobaczę, przypadkiem na zewnątrz świątyni zupełnie mnie zaskoczy. Z ramienia Agnieszki zsuwa się torba i upada na schody świątyni. I co robi duchowny?
Schyla się po torebkę i podaje Agnieszce, A potem podnosi jeszcze kilka artefaktów, które wypadły z torebki.
Bożesz mój jedyny…. W tym prostym geście widzę skromność i pokorę. To odrobina empatii, która tak rzadko pojawia się między duchownym a prostym człowiekiem, jest miłym dla mego serca widokiem.

Kompletnie nie znam się na prawosławiu (mimo moich wschodnich i dość ortodoksyjnych korzeni religijnych), ale jeżeli taka postawa wobec życia a przede wszystkim ludzi jest spotykana wśród innych duchownych prawosławnych, to lepszej reklamy mi nie trzeba. A może ten ludzki wymiar prawosławia, to specyfika małych wiejskich parafii?

Pan Jurek

– Chciałem zostawić po sobie coś dla potomnych – mówi pan Jurek. – A potem okazało się, że z mojego projektu, który tworzyłem dla siebie i swoich bliskich, wyrosło cos takiego. Przyjeżdżają do mnie ludzie z całego świata. Kogo tu nie było. Byli tu chyba ludzie wszystkich narodowości, no może z wyjątkiem Eskimosów. Chociaż był jeden pół- Eskimos – śmieje się właściciel kaszteliku.

Stoimy obok ogromnej budowli, wybudowanej przez jednego człowieka. Głównym budulcem jest tu kamień. Zwożony, rozłupywany, gładzony i w końcu wmurowywany. Kiedy sobie uzmysłowię, że to wszystko powstawało przez kilkanaście lat, budowane konsekwentnie przez pana Jurka, czuję autentyczny podziw.

Wszystkiego możemy tu dotknąć. Uwielbiam takie miejsca. Zachowujemy się jak dzieci. Dotykamy miecza, starych maszyn, wchodzimy na wieżę.

Czego tu nie ma….

I to wszystko zostało wykonane rękami jednego człowieka. Od wieży poprzez mostek a skończywszy na mieczu. Wydawałoby się, że po tak olbrzymim wysiłku i wyrzeczeniach, spotkamy zmęczonego, zirytowanego człowieka a tymczasem pan Jurek okazuje się niezwykle pogodnym, serdecznym człowiekiem. Wygląda na kogoś, kto odnalazł swoje miejsce w życiu. Albo właściwie je sobie zbudował :)

Grabarka

Święte miejsce dla prawosławnych. To tutaj dzięki uprzejmości siostry Galiny, zobaczymy wnętrze cerkwi. Ale zanim tam wejdziemy, wspinamy się po grzbiecie góry. Po jednej stronie mamy las krzyży a po drugiej budynek cerkwi.

Wchodząc pod górę, doznaję dziwnego uczucia. Zupełnie nagle pojawia się silne mrowienie na całym ciele. Przystaję, przyglądam się swoim rękom, szukam “gęsiej skórki” na swoim ciele.  Ale nic nie widzę. Ruszam więc dalej. To uczucie mrowienia nie maleje, a nawet się wzmaga. Przystaje, bo nie bardzo mogę iść dalej. Brakuje mi powietrza. Otwieram usta, żeby złapać oddech. Wyglądam pewnie jak karp, wyrzucony na ląd 🙂 Przyglądam się swoim odczuciom. Nie mam w sobie niepokoju, podekscytowania, smutku czy radości. Jest cisza i spokój. Tylko przez chwilę pojawił się we mnie strach o własne zdrowie.

Docieramy do cerkwi. Jest inna, niż te, które do tej pory widzieliśmy.
– Czuję jakiś ciężar – mówi Gosia.
Rozglądamy się po świątyni. Siostra Galina jest przesympatyczna. Jest pogodna i promienieje spokojem. Mam wrażenie, że już to widziałem.  No tak!
Ksiądz z MIelnika, emanował podobną energią. Zresztą Pan Jurek również 🙂

Nie potrafię się jednak skupić. Jestem „zafiksowany” na tym, co czułem, wchodząc pod górę. Chcę doświadczyć tego jeszcze raz. Wychodzimy.z cerkwi. Wracam tą samą drogą. Tym razem nic się nie dzieje.

– Na Grabarce jest mnóstwo krzyży – informuje nas Mela, nasza przewodniczka po Grabarce  i okolicach. Ludzie przynoszą je, żeby prosić o pomoc w zdrowiu, pracy itd. Są też krzyże dziękczynne, składane w podzięce za wysłuchanie próśb. Tych drugich krzyży jest jednak znacznie mniej.
Ot, ludzka natura. Łatwiej prosić, niż dziękować🙂 – myślę.

Na Grabarce odnajduję jeszcze jeden ewenement. Widzę strumień, który płynie pod górę. Pytam się Meli czy to moje złudzenie, czy ona też to widzi. Przewodniczka potwierdza.

Miejsce mocy

Pani Nina miała nas oprowadzać po Puszczy Białowieskiej. Jednak choroba pokrzyżowała plany. Zamiast do rezerwatu ścisłego w Białowieży, zgadza się zaprowadzić nas do miejsca mocy w puszczy. To nowo odkryte miejsce. Ruszamy więc, idąc ścieżką przez puszczę. Po drodze poznajemy mchy i inne cuda, których nazw nawet nie staram się zapamiętać 🙂
Pani Nina opowiada nam o świerkach, mchach i o Szyszce.  O tym Szyszce, co go już nie ma.
– I bardzo dobrze, bo to był ogromny szkodnik dla puszczy – słyszymy.
Kiedy zbliżamy się do miejsca mocy, nasza przewodniczka mówi:
– Spójrzcie na te drzewa! Widzicie to?

Szczerze mówiąc, to nic nie widzę.
– Te drzewa są poskręcane – tłumaczy Nina. Z jednego pnia wyrastają dwa pnie. To nie jest typowe – podpowiada przewodniczka.
Teraz widzę to wyraźnie. Faktycznie wyglądają dziwnie. Mało tego. W pobliżu kręgu kamieni (Tak! Tam jest kamienny krąg) drzewa są pochylone w jego kierunku. Wszyscy ulegamy magii tego miejsca.
– Tu jest jak w Narnii – mówi Inka.

Pan Szeptuch

Siedzę z dziewczynami w “poczekalni” Poczekalnia to przerobiona wiejska sień. Kilka krzeseł i kredens z butelkami wody. Mamy ogromne szczęście, przed nami są tylko 3 osoby. Drzwi nie są szczelne, więc  to, co się dzieje za nimi, słyszą również wszyscy oczekujący. Jest tajemnica, a jednocześnie jej nie ma.

Siedzę i myślę, czy chcę wejść do wnętrza pokoju, w którym siedzi Pan Anatol. Z jaką właściwie intencją tu przyjechałem? Nie czuję potrzeby uzdrawiania, poprawy sytuacji materialnej itd. Od pół roku czuję się szczęśliwym człowiekiem. Mam chyba wszystko, czego potrzebuję. Więc po co? Z ciekawości?

Gdy tak siedzę i rozkminiam “Czy wejść i z czym?”’ otwierają się drzwi i pojawia się w nich kobieta, która opuszcza pokój przyjęć, a tuż za nią słyszę ” Boże Ty mój, Boże Ty mój. W drzwiach stoi pan Anatol. To „nasz” szeptuch. Na oko ma 60 plus. Jest ubrany w sweterek. Nie ma na sobie żadnych emblematów, specjalnego ubrania itd. . Swoje zdolności zawdzięcza pani Wierze, która przekazała mu swój dar (dar przekazywany jest  w rodzinie z pokolenia na pokolenie). Jej podeszły wiek (ponad 100 lat) zrobił swoje i pani Wiera nie jest już w stanie przyjmować ludzi tak jak kiedyś. Drzwi się zamykają, a ja zostaję ze swoimi myślami , dziewczynami i panią, która jest tutaj po raz kolejny.

– Byłam tu, jak miałam nowotwór. Pan Anatol pomógł. Pojechałam na badania. Lekarz zrobił badania i bardzo się zdziwił, bo rak zniknął. Teraz przyjechałam z innym problemem. Mam trudnych sasiadów – dzieli się swoją historią, nasza towarzyszka w poczekalni.

Nie mam w sobie nowotworu. A może mam, tylko boję się, że się tego dowiem? – myślę.

Kiedy Gosia wychodzi od szeptucha, wracam razem z nią do samochodu. Podjąłem decyzję, że tym razem nie skorzystam  z pomocy pana Anatola. Ciekawość to za mało, żeby zabierać komuś czas.  Nie chce też czekać w poczekalni i być świadkiem rozmów pomiędzy dziewczynami a panem Szeptuchem. Tajemnica niech pozostanie tajemnicą. Moja chęć zobaczenia pana Anatola została zaspokojona, chociaż wiem, że tu jeszcze wrócę.

Ale to już temat na zupełnie inną opowieść

Przez 3 dni odwiedzimy kilkanaście miejsc. Będziemy m.in. w tatarskim meczecie, prawosławnej pustelni, nad Bugiem, w Ścisłym Rezerwacie Przyrody. Niektóre z tych miejsc będą ulotne w naszych wspomnieniach, inne zostaną w nas na dłużej. Dla niektórych z nich wystarczyło poświęcić kilka chwil, aby się nimi nasycić, inne trzeba koniecznie posmakować raz jeszcze.

Zdjęcia autorstwa: Inki, Gosi i Agnieszki.

Informacje jak trafić do Pana Anatola
Znajdziesz tutaj
(kliknij)

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

4 thoughts on “Pan Szeptuch

  1. Monika says:

    Dziękuje …jakbym była tam z Wami 🙏💞 jakby to wszystko było tez o mnie.

    Ja dawno temu doświadczyłam spotkania z Panią Wierą 🦋 niezwykła pokora do wszechrzeczy. Surowość i empatia w jednym ❤️
    Piękni ludzie tam żyją. Tzn wszyscy jesteśmy piękni ;) ale „tamci” są jacyś piękni „z natury”

  2. Slawek says:

    Dziękuję Ci za komentarz. Jestem zauroczony prostotą i mądrością ludzi, którzy żyją blisko ziemi i w zgodzie z naturą. Mam wrażenie, że ta harmonia z ziemią, przyrodą (a dzięki temu też z sobą) sprawia, że lepiej słyszymy głos Boga.

  3. córa says:

    Ten Pan z tego co wiem nie ma lat 60+ tylko dobrze po 80 :) Jest bardzo miłym, pełnym ciepła człowiekiem. Byliśmy już dwa razy i mam nadzieję że uda Nam się teraz ponownie pojechać

    • Slawek says:

      Dziękuje za informacje. Przyznam się szczerze, że nie wiedziałem. W czerwcu lub lipcu, zamierzam zorganizować po raz kolejny wycieczkę do Pana Szeptucha :) Tym razem może uda się zobaczyć cerkiew i synagogę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.