Od dziecka uwielbiałem siedzieć w domu. Nigdy mnie to nie nudziło, potrafiłem godzinami wymyślać zabawy, siedząc sam w swoim pokoju. Ten „święty spokój” zwykle zaburzała moja mama, zmuszając mnie do wyjścia na dwór. Ratunek pojawiał się, wtedy gdy zanosiło się na deszcz. Mogłem wtedy siedzieć w domu, ile chciałem. Deszcz był takim superbohaterem mojego dzieciństwa, który ratował mnie przed niechcianym wyjściem z domu. A gdy już dorosłem, zwalniał mnie z poczucia winy za to, że nie zrobiłem czegoś na zewnątrz. A nie mogłem zrobić, bo przecież padało :)
W swoim życiu odbyłem dwie większe podróże. Jedną na zachód a drugą na wschód. Jedną na Islandię za pracą a drugą trochę z fascynacji i z ciekawości mojego pochodzenia (mam rosyjskie korzenie) do Rosji, na Syberię. Za każdym razem przed rozpoczęciem podróży odczuwałem niepokój i strach. Obserwowałem wtedy siebie i swoje emocje. W jakiś sposób było to nawet fascynujące. Tak jakby dwie zupełnie różne istoty we mnie toczyły wewnętrzną walkę ze sobą. Umysł chciał jedno, ciało drugie.
Emocje, które ujawniały się przed rozpoczęciem podróży, pokazywały mi, jak bardzo lubię czuć się bezpiecznie w każdym obszarze swojego życia. W związku, pracy, życiu. Nie ma oczywiście w tym podejściu niczego złego. Ponieważ wszyscy świadomie lub nie zmierzamy w tym kierunku. Gorzej, gdy przybiera to skrajne formy w postaci trwałego „zastygnięcia” w aktywności życiowej. Zamykanie się i niedopuszczanie żadnych zmian do swojego życia (z obawy przed utratą bezpiecznego status quo), sprawia, że trwonimy swoją energię życiową na podtrzymywanie i „karmienie” starych struktur.
Już wkrótce czeka mnie kolejna podróż na Syberię (link do wyprawy), ale tym razem w nowej dla mnie roli. Mimo tego, że do wyprawy jest jeszcze mnóstwo czasu, już teraz odczuwam lekki niepokój. To doskonały znak, że ta podróż dobrze mi zrobi. Czuję jak bardzo się „zastałem” tutaj w mieście wykonując swoją pracę, wchodząc w stare utarte koleiny i popadając w rutynę. Co tym razem mnie czeka? Nie mam bladego pojęcia. Pamiętam, że ostatnim razem, zanim wyruszyłem w drogę, wyobraźnia wypełniała mój umysł całym mnóstwem większych lub mniejszych irracjonalnych lęków. Czego tam nie było? A to, że będę głodny (bo tam, gdzie jadę pewnie nie ma sklepów :) ), a to, że będzie mi zimno, ze się zgubię w wielkiej Moskwie, albo że się nie dogadam z „moim” rosyjskim. Pojawiło się coś jeszcze….
Zauważyłem, jak bardzo boję się oceny. Zobaczyłem swój strach przed popełnianiem pomyłek i reakcją innych na moją niewiedzę lub potknięcia. A przecież taki stan rzeczy jest wpisany w podróżowanie (tak samo, jak w nasze życie). Nie jestem w stanie wszystkiego przewidzieć i zaplanować. Moim zadaniem jest wybrać miejsce startu i punkt końcowy (chociaż zdarza się, że i on ulega zmianie) a całą pozostałą przestrzeń pomiędzy tymi punktami, wypełnić zaufaniem do życia a przede wszystkim do Siebie.
Samo podjęcie decyzji o podróży nie wystarcza, trzeba jeszcze wprowadzić to w czyn. A ten etap bywa zwykle najtrudniejszy. Co mi pomaga w podjęciu decyzji? Świadomość upływu czasu…
Niezależnie od tego, czy siedzisz, biegniesz czy leżysz, czas płynie. Zrozumiałem również, że nie ma idealnego czasu na podjęcie decyzji. W naszym kalendarzu nie ma dnia, który nazywa się „to ten dzień” albo „jestem Twoim idealnym dniem„. Jest poniedziałek, wtorek, piątek, ale nie ma idealnego dnia na podjęcie decyzji. Jest natomiast myśl „nie teraz„, albo „a może przyszły tydzień będzie lepszym czasem„? Nie namawiam Cię do rzucania wszystkiego, aby zając się tą sprawą. Jestem jednak pewien, że jeżeli w danej chwili pojawia Ci się myśl na zrobienie czegoś, to właśnie wtedy jest ten najwłaściwszy moment. W hunie (hawajska filozofia życia) mówi się „Moment mocy jest Teraz” i jest w tym powiedzeniu mnóstwo prawdy.
Co mi przyniosło podróżowanie? Odzyskałem mnóstwo swojej wewnętrznej energii. Tej energii, którą poświęciłem na trzymaniu mnie w starych strukturach. Tej, która mnie „broniła” przed nowym. Po powrocie miałem siłę do działania i do ruszenia starych, „zaległych” spraw.
Zmienił się również mój sposób podejmowania decyzji. Zwykle podejmując jakieś wyzwanie (mierząc się z trudnością) w swoim życiu i wkrótce po jego ukończeniu potrzebowałem czasu, aby to wszystko jakoś się poukładało. Tak jakbym musiał zaczerpnąć oddechu. Tym razem po powrocie z podróży, było zupełnie inaczej. Załatwiłem „hurtem” mnóstwo spraw, których się obawiałem i odkładałem na „wieczne później”. Mój umysł nie nadążał, mówił „zwolnij”, „to za szybko” a ja gnałem do przodu, póki miałem w sobie zapas odwagi. Zaczynałem jedną rzecz i kiedy zbliżała się do końca (ale jeszcze nie kończyła) rozpoczynałem następną.
Nie odkryje tu niczego nowego, stwierdzając, że nasze życie to podróż. W każdej sekundzie swojego życia świadomie lub nie bierzemy w niej udział. Zamykanie się w bezpiecznej przystani zwanej domem, stałą pracą, sformalizowanym związkiem, nie sprawi, że jej unikniemy. Poczucie kontroli, o które tak dbamy, może okazać się tylko złudzeniem.
Dla każdego z nas podróż uosabia coś zupełnie innego. Możemy spojrzeć na nią jako na przygodę, reset, poszukiwanie sensu życia itp. Dla mnie stała się formą warsztatu i nie ukrywam, że była również aktem odwagi. Swoistym testem, który pokazał mi mnóstwo rzeczy o mnie samym. Czego się boję, za czym tęsknię, ale także kim jestem i dokąd zmierzam? Nie znam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania, ale ciągle niezmiennie jestem ciekaw Siebie.
Epilog
Gdy zacząłem pisać ten tekst, trafiłem na film na yt, który idealnie wręcz ilustruje to, o czym pisałem powyżej. Pokazuje, jak reagujemy, gdy po raz pierwszy mierzymy się z czymś nieznanym. Widać tu wyraźnie konflikt pomiędzy umysłem a ciałem. Koniecznie obejrzyjcie go do końca. Czy w jakimś momencie, zobaczyłeś siebie samego?
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

