Krasnojarsk 500 km
Jedziemy z powrotem do miejsca, skąd wyruszyliśmy kilka dni temu. Ja siedzę z przodu obok kierowcy. Sasza z tyłu obok tablicy pamiątkowej, którą zwykle umieszcza się na grobie. Tablica jest przeznaczona na grób syna Vadima. Nie dopytuję o szczegóły, ale mam nieodparte wrażenie, że to była tragiczna śmierć.
W czasie drogi mam dużo czasu, aby przyjrzeć się naszemu kierowcy. Vadim jest mężczyzną w średnim wieku, ale ma w sobie jakąś dziecięcą radość. Na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia, ani wyglądem, ani ubiorem. Ma na sobie jakiś zwykły dres, który tutaj z racji wygody, jest bardzo powszechnym ubraniem. Ot, zwykły ruski człowiek, a już na pewno nie syberyjski szaman.
Ale jest coś w jego sposobie bycia, co mnie urzeka i inspiruje. Już wkrótce będę mógł się przekonać o tym na własnej skórze. Pierwsza okazja nadarza się dość szybko. Gdy wjeżdżamy w obszar porośnięty lasem, Vadim pyta się nas, czy wiemy jak pachnie cedr. Zaskoczeni, odpowiadamy, że nie. Zjeżdżamy więc z głównej drogi i lądujemy w lesie. Vadim oprowadza nas między drzewami i pokazuje, jak wygląda i pachnie cedr. Udziela nam również lekcji jak wydobyć zapach z jego gałązek. Okazuje się, że wystarczy je przełamać. Vadim, opuszkami palców rozciera sobie zapach cedru na szyi. Mówi, że to najpiękniejszy zapach, który zna.
Ta droga, będzie usłana pogadankami o naturze. Vadim jest miłośnikiem lasu. Patrzy na las, jak na żywą istotę, która odczuwa emocje. W czasie podróży jeszcze kilkukrotnie zahaczymy o tajgę, a na końcu zamoczymy nogi w zimnym jak diabli Jeniseju.. To niesamowite, ale Vadim ma na wszystko czas. On się śpieszy. Zachowuje się tak, jakby nie jechał do Krasnojarska, tylko.zabawiał dwóch zabłąkanych turystów, pokazując im całą okolicę.
Gdzieś w połowie drogi, zabieramy ze sobą jeszcze przyjaciółkę Vadima i wreszcie dojeżdżamy do Krasnojarska. To moja ostatnia szansa, aby namówić Vadima, żeby, zabrał mnie ze sobą, gdy będzie wracał do Chakasji. Wiem, że teraz to jedyny sposób, abym mógł tam dotrzeć. Vadim proponuje mi, żebym porozmawiał o tym z jego znajomą, która będzie wracała za kilka dni autobusem. Zgadzam się i wymieniamy się numerami telefonów. Jestem tak, dumny z siebie.że przełamując tremę i konwenanse (bo przecież, nie wypada się wpraszać i narzucać komuś ze swoją osobą) udaje mi się dopiąć celu. Jeszcze tylko zatankuje bak paliwa, w podziękowaniu za podwiezienie i pomoc i się rozstajemy.
Zostaję z numerami telefonów i z nadzieją, że się jeszcze spotkamy.
Krasnojarsk po raz drugi.
Miasto nie bawi mnie jednak tak jak poprzednio. Myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Dopada mnie też jakaś samotność. Zaczynam namiętnie pisać do Walerii, którą poznałem w Moskwie. Oczywiście po rosyjsku :)
Z rozrywek pozostaje mi szwendanie się z Saszą po mieście. Tym razem moją uwagę przykują 2 rzeczy: fontanna i armata.
Okazuje się, że rzeka Jenisej ma dla Krasnojarska szczególny charakter, tak szczególny, że miasto upamiętniło ją nawet pomnikiem. A ten jest nietypowy. Przedstawia fontanną, która swój bieg rozpoczyna na szczycie schodów. To tak jakby po pomniku smoleńskim (niestety nie mam w głowie, żadnego innego, bardziej popularnego porównania) spływała woda. Pośrodku tej fontanny stoi.rzeźba mężczyzny, która przypomina posturą, jakiegoś greckiego boga. To Jenisej, który wygląda tutaj niczym Zeus. Obok niego stoją piękne boginie, symbolizujące jego dopływy.
A gdy już nasycę się widokiem wody spływającej po schodach, wdrapiemy się na szczyt wzgórza, z którego zobaczę panoramę całego miasta. Miejski przesąd mówi, że jeżeli stanę na szczycie góry, tuż przed wystrzałem z armaty (codziennie o 12.00, niczym hejnał z wieży mariackiej) spełni się jedno moje życzenie. Tak przynajmniej twierdzi Sasza. Co ciekawe, Sasza również wie, że nie zdążymy, ja się jeszcze łudzę, a życzenie nie mogło się zdecydować. Koniec końców, panorama miasta po 12.00 też jest spoko.
Mam okazję również zwiedzić statek, który jest zakotwiczony przy nabrzeżu. A w nim, natrafiam na obraz namalowany przez człowieka, który siedział w łagrze. To niesamowite ile radości jest w dziele człowieka, który sam nie zaznał szczęścia.
W czasie tego pobytu w Krasnojarsku stanę się jeszcze mimowolną „gwiazdą, jakiejś miejscowej telewizji udzielając wywiadu dla znajomej Saszy, która prowadzi lekcje polskiego w Krasnojarsku. Niestety już po nagraniu okaże się, że, dźwiękowiec, spartolił wysiłek całej ekipy.
Wreszcie nadchodzi poniedziałek, czyli dzień, w którym znajoma Vadima ma wracać do Chakasji.
Niestety wszelkie próby skontaktowania się z nią, okazują się daremne. Pozostaje mi już tylko Vadim. To moja jedyna szansa na wyjazd do Chakasji. Po pierwszej wysłanej wiadomości – cisza. Próbuje jeszcze raz. Bez zmian. Po chwili odzywa się telefon. Dzwoni Vadim. Mówi, że dostał w wiadomości jakieś nieczytelne znaczki. Nie wiem, co się wydarzyło, być może jakiś problem z konwersją języka rosyjskiego na moim telefonie ale…..po krótkiej rozmowie Vadim zgadza się zabrać mnie ze sobą.
Dream s come true (nie wiem jak będzie po rosyjsku), ale marzenia się spełniają. Jedziemy do Chakasji!!!
Kierunek Ckakasja!
Dziwnie się czuję, gdy po raz kolejny przemierzam ten sam kierunek, ale tym razem w innym towarzystwie. Vadim okazuje się nie tylko miłośnikiem przyrody, ale również postojów i rozmów z przygodnymi osobami. Nie odpuszcza nikomu. Zatrzymujemy się co chwile przy przydrożnych sprzedawcach: płyt cd, kwasu chlebowego czy garnków z gliny. Obserwuję go, a jego podejście ogromnie mi imponuje. Jest bardzo przyjazny i otwarty.
Widać to szczególnie wtedy, kiedy dokonuje jakiś drobnych zakupów. Najpierw się przekomarza, udaje obrażonego, a potem jak gdyby nigdy nic, płaci pierwotną cenę, wychwalając „niezłomność” sprzedawcy. A przy tym cały czas dobrze się bawi. Dawno nie spotkałem tak serdecznego człowieka. :)
Po drodze mijamy leśne parkingi, rozsiane co jakiś czas przy głównej drodze. Na nich spotykamy małe sklepiki, czy też bary. Ale to nie one są tutaj główną atrakcją. Gdzieniegdzie na parkingach stoją klatki, a w nich podobno są niedźwiedzie. Podobno, ponieważ mimo moich prób wywołania ich, przy pomocy słonecznika kupionego w przydrożnym barze (który niedźwiedzie podobno lubią, jak tłumaczył sprzedawca) nie udaje mi się ich zobaczyć.
Docieramy powoli do Chakasji. Pada deszcz, a pogoda jest lekko melancholijna. Przypominam sobie mit, o tej krainie mówiący o tym, że Chakasja strzeże swoich granic i stara się nie wpuszczać złych ludzi. Czyli jeżeli nie jesteś właściwą osobą, trudności losowe lub zdrowotne zatrzymają Cię przed przekroczeniem granicy. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale przecież już raz stałem przy tej granicy.
Czy tym razem będzie inaczej? Czy w tym micie jest jakieś ziarno prawdy? Jakiś niepokój pojawia się we mnie.
Dojeżdżamy do wielkiego znaku z napisem: Republika Chakasji. Mijamy go i zatrzymujemy się przy poboczu drogi. Vadim zaprasza mnie do wyjścia z samochodu. Nie wiem po co, ale.wykonuję jego zalecenia.
– A teraz wpuść spodnie w skarpetki i zapnij się szczelnie pod szyją, a jak już będziesz gotowy, stan na stepie, to zrobię Ci kilka pamiątkowych zdjęć – proponuje Vadim. Te wszystkie zabezpieczenia mają sprawić, że żadne kleszcze.mnie nie ugryzą. Wbiegam na pole, a Vadim zaczyna robić zdjęcia.
Tych kilka pierwszych zdjęć będzie całkiem zwyczajnych. Ot ja stojący na stepie, z widoczną niezmierzoną równiną, za moimi plecami. Kolejne będą się jednak zdecydowanie wyróżniały.
Najpierw dostrzegam na jednym z nich, różnice w ostrości swojej sylwetki. Kontur jest lekko rozmazany. Tak jakby ktoś obrysował, a może bardziej rozcieńczył pędzlem moją sylwetkę. Dziwne. Ale ostatnie zdjęcie jest jeszcze dziwniejsze. Wokół mnie widnieje już nie tylko jakiś niebieski obrys, ale nad głową pojawia się coś w kształcie niebieskiej kopuły.
Czy to aura? – patrzę na zdjęcie zaintrygowany.
Wracamy do samochodu i wjeżdżamy na teren Chakasji. Okazuje się, ze to nie koniec niespodzianek! Bo przed maską samochodu pojawiają się dwa orły. Lecą tuż przed nami. Niestety za późno się orientuję i utrwalam jedynie moment, kiedy nas opuszczają.
Patrzę na Vadima zaskoczony, jakbym chciał go zapytać: Co to było? Widziałeś to? Vadim tylko się uśmiecha.
Jeszcze ciągle dziwię się tym pozornym „zbiegom okoliczności” ale najbliższe chwile spędzone w Chakasji uświadomią mi, że powinienem przestać. :)












