Wyjazd do “bani”

Dokładnie pamiętam swoją myśl i intencję przed wyjazdem “Niech każdy wyjazd stanie się mini warsztatem, w którym będę mógł się przyjrzeć i zrozumieć jeszcze bardziej Siebie”
I tak się dzieje. Już od samego początku.

Lista uczestników zmienia się w ostatniej chwili, a ja czuję swoją niezgodę na to, że los krzyżuje mi plany. Obserwuję jak Zycie realizuje moją własną intencję, a ja uparcie trzymam się swoich wyobrażeń. I chociaż znam ten stan, bo już nie raz przerabiałem go w swoim życiu, tak trudno jest odpuścić :)

Pomysł na wyjazd do ruskiej łaźni narodził się zupełnie przypadkiem.  Od dawna miałem ochotę doświadczyć pobytu w tradycyjnej „bani” Po krótkim rekonesansie wybór pada na jedną ze wsi na Mazurach. Z dwóch powodów.

Powód pierwszy:
To wieś zamieszkana przez potomków Rosjan, którzy osiedlili się na ziemiach polskich i wprowadzili tradycje łaźni parowych, czyli „bani”. Starowiercy, czyli ludzie „starej wiary”, jak siebie nazywają,  nigdy nie zaakceptowali reformy prawosławia w Rosji. Cierpieli za to okrutne prześladowania, tortury, wypędzenia. Ich ówczesne podejście do wiary do dziś potrafi szokować. Dobrowolnie,  w ramach protestu przeciwko zmianom narzuconym im przez cara, pozbawiali siebie i całe swoje rodziny życia, zamykając się  i podpalając swoje domy. Mimo tego, że usłyszałem o tym dobrych kilka lat temu, do tej pory nie mieści mi się to w głowie.

Powód drugi:
W tej wsi urodził się mój tata.

Do wsi mamy ok 3h drogi. Wyjeżdżamy z Wawy z 1-godzinnym opóźnieniem, ale nigdzie nam się nie śpieszy, bo przecież jest to wyjazd dla relaksu :) Do domu naszego gospodarza trafiamy bez problemu. Dom jest wysoki i trochę „niewiejski”. Wchodzimy do środka. Nasze pokoje są na górze. Ale zanim do nich trafimy, zaglądamy do kuchni. A w kuchni stoi prawdziwy wiejski piec. To na nim będzie powstawał nasz obiad.

Nie mogę się doczekać, żeby rozpalić w nim ogień. Niestety okazuje się, że ten przywilej przypada gospodarzowi. Stoję z boku i patrzę. Piec przypomina żywe stworzenie. Trzeba nieustannie mieć na niego oko i podkładać drzewo. Mam wrażenie, że własna kuchnia jest jakimś intymnym obszarem, do którego niechętnie dopuszcza się obcych.

Czas na przygotowanie obiadu. Spełnia się moje małe marzenie, czyli wspólne szykowanie jedzenia. Wiem, że będziemy się przy tym śmiać. Zresztą śmiejemy się ze wszystkiego. Nawet z czegoś, o czym zwykle się mówi: „z tego nie można się śmiać”. Za późno jednak na refleksję. Ta pojawi się później.

W czasie pobytu na wsi dowiem się, że mój dziadek nie był lubiany przez okoliczną ludność. Był tzw. służbistą. Zresztą jego relacja z moim tatą też nie należała do specjalnie udanych.  Żeby nie powiedzieć „wrednych”. Dowiedziałem się o tym kilka lat temu w czasie „przekopywania się” przez historię i młodość mojego taty. Jakże inaczej spojrzałem wtedy na mojego tatę (mimo tego, że już umarł) Odpuściłem wtedy swoje wieczne oczekiwania syna do ojca, Było mi już tylko zwyczajnie smutno, że miał tak trudne dzieciństwo, które zaważyło na jego dorosłym życiu.

Idziemy na cmentarz. Po drodze mijamy molennę. To świątynia staroobrzędowców. Jest urocza ze swoimi malowanymi okiennicami. Kojarzy mi się z rosyjskimi baśniami.

Cmentarz jest nieduży. Skromny. Po raz pierwszy w życiu odwiedzam grób swojego dziadka. „Skanujemy” napisy na nagrobkach, próbując odnaleźć jego grób. Nie jest łatwo, bo imiona i nazwiska są po rosyjsku. W końcu jest! Grób dziadka poznaję po zdjęciu. Na cmentarzu jesteśmy, krótką chwilę.

Ogarnia mnie jakiś spokój. Być może to miejsce, wieś i cała okolica sprawia, że poddaje się temu uczuciu. Za moment zanurzymy się w wielkim lesie.

Idziemy szeroką ścieżką. Wszystkich nas fascynują drzewa. Przytulamy się do nich, robimy zdjęcia, rozmawiamy, ale kusi mnie, żeby zejść ze szlaku.

Schodzimy z głównej ścieżki.
Las jest gęsty. Po chwili jak na zawołanie opuszcza nas potrzeba rozmawiania. Dalej idziemy w milczeniu. Ciągle mam wrażenie, że wiem gdzie jest wieś i w jakim kierunku idziemy.  Przez moment przelatuje mi w głowie historia o dziewczynce zagubionej w tajdze.

„Hahaha” – śmieję się w duchu
– Gdzie mazurskiemu lasowi do syberyjskiej tajgi? – racjonalizuję.
Jednak po kilku minutach marszu sam się zastanawiam, czy dobrze idziemy. Łapię się na tym, że właściwie moglibyśmy zabłądzić. Na samą myśl czuję zmęczenie i złość.
Po chwili dochodzimy do wsi. Lądujemy jakiś kilometr od „naszego” domu. Wracamy więc skrajem wsi. Mijamy domy. Okazuje się, że każde gospodarstwo ma własną „banię”
Wracamy do „naszego” domu, czas na gotowanie.

Gotowanie na tradycyjnym wiejskim piecu to prawdziwa przygoda. W swoim życiu gotowałem na nim tylko raz w czasie gdy mieszkałem na wsi. Do dzieła zatem!

Gosia i Norbert (nawet bardziej :) ) kroją warzywa, a ja mieszam zupę na piecu. Zabawa „fajerami”, drzwiczkami, a także dokładanie drzewa wydaje się nie mieć końca. W ferworze walki, garnek przechyla się i rozlewa po całym piecu. Norbert cudem unika „śmierci” :)  przechodząc obok pieca.
– Teraz szybko sprzątnąć rozlaną zupę, żeby gospodarz nic nie zauważył – myślę,. Czuje się jak mały chłopiec, który chce uniknąć złości ojca. Moja reakcja zaskakuje mnie samego. Takich sytuacji jest więcej.

Po rozmowie z. Gosią i Norbertem, okazuje się, że nie tylko ja tak mam. Obecność naszego gospodarza uruchamia w nas różne wspomnienia. Te łatwiejsze, ale i te trudne. Jeszcze tego nie rozkminiamy, będzie na to czas po powrocie, bo sporo się dzieje.  W nas samych, ale i na zewnątrz.

Nadchodzi czas na banię.

Wszystko jest dla nas nowe. Nikt z nas nie był jeszcze w bani. Zaglądamy do niej, kiedy jest już przygotowana do nagrzania. Jest czysto, schludnie i …… zimno.

Po chwili zapominamy o zimnie. Ciepło z rozgrzanego pieca, momentalnie wypełnia pomieszczenie. A wkrótce powietrze staje się nawet zbyt gorące. Najfajniejsze jest to, że możemy sobie sami regulować temperaturę, polewając rozgrzane kamienie (w piecu) zimną wodą. Okazuje się nawet, że w  zależności od miejsca, gdzie siedzimy, inaczej odczuwamy temperaturę.

Pobyt w bani w trójkę a chwilami w czwórkę jest niczym pobyt w szałasie potów.  I to nie z powodu temperatury, tylko karuzeli procesów, które się w nas uruchamiają. Wszystko kończy się szczęśliwie, a my wychodzimy z niej  po 2h cali i zdrowi z błyskiem szczęścia w oczach :)

Trudno opisać wszystko, co potrafi się zadziać w ciągu zaledwie dwóch dni pomiędzy trzema osobami i jak wiele podobnych rzeczy w nas rezonuje. Jak przychodzimy z różnych stron (z różnym doświadczeniem) po to, aby spotkać się, chociaż na chwilę i ruszyć dalej w swoją stronę.

Długie niekończące się rozmowy, wspomnienia pierwszej miłości, stary kuchenny piec, ogromny las, spacer po starym cmentarzu, ale też wstyd, lęk przed krytyką, zgubieniem się w lesie, próba zadbania o swoje bezpieczeństwo, tęsknota za spokojem i za tatą.
I myśl” odpuść i żyj”
Dzień się kończy, powoli szykujemy się do powrotu.  Wchodzę jeszcze na chwilę do kuchni i opieram się plecami o ścianę w wiejskiej kuchni. Czuję spokój. Jest mi dobrze. Wiem, że jeszcze tu wrócę.

Zdjęcia robił i kroił warzywa do obiadu: Norbert
Porządku pilnowała i czytała z kart:  Gosia
Gotował i kierował samochodem: Sławek

Dziękuję <3

 

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis lub do czegoś zainspirował, możesz podziękować, stawiając mi kawę.
Dziękuję! :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Nie przegap! Zapisz się do newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Ta strona korzysta z plików cookie. Przeglądając tę stronę, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookie.